Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna
Home - FAQ - Szukaj - Użytkownicy - Grupy - Galerie - Rejestracja - Profil - Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości - Zaloguj
Schibbi - Jola z Tamtych, a Ewa z Tu

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna -> SHIBBI
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Christine
Administrator



Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 544
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 13:37, 03 Sie 2010    Temat postu: Schibbi - Jola z Tamtych, a Ewa z Tu

Jola z Tamtych, a Ewa z Tu

Przed Wadowicami zostawiamy jesienny, podhalański chłód i cieszymy się letnim ciepełkiem. Tu jest granica pogodowa. U nas świat skuty lodem i popielnikowe niebo, a tu trawka się zieleni i nad głową lazur. Dobre dwa miesiące są do tyłu. Całe szczęście, że to blisko i chcąc powąchać jesienią lata, nie trzeba lecieć nad Morze Liguryjskie. Wystarczy trochę chęci i szczęście złapane za ogon.
Do Tych (poprawnie Tychów, ale ja mówię - Tamtych) jeszcze kilkanaście kilometrów.
Lubię jej słuchać.
Ewa mówi płynnie, piękną polszczyzną i nie sposób się z nią nudzić. Jednak dziś cierpnie mi skóra od ilości wyrzucanego żalu i goryczy, smutku i paranoi sytuacji, które niestety nie są scenami z czeskiego filmu. To nasza demokracja, która już chyba nią nie jest, niemniej za parawanem nazwy rozgrywają się sceny żywcem wyjęte z wolnej amerykanki.
Kogo winić za to, że w pełni sił, wykształcona, pilna i pracująca kobieta zarabia tak marnie? Praca z opóźnionymi umysłowo, niewidomymi dziećmi, to nie okienko pocztowe - nie obrażając okienka i panienki, która po liceum pewnie lepiej zarabia niż moja Ewa z dwoma fakultetami i po kilku podyplomowych kierunkach. Oddanie, z jakim wykonuje swoje posłannictwo - bo nie śmiem nazwać tego etatową pracą, winno być wynagrodzone tak, że dobrobyt dnia codziennego nie powinien wzbudzać ani zazdrości, ani podejrzeń. A tu ubóstwo w całej rozciągłości.
W Tarnobrzegu nie miała pracy, Tu mieszkania. Przygarnięta z mężem i trójką dzieci do rodzinnego domu zapewniła im dach nad głową, ale żyć nie mają gdzie. Pięć osób w jednym pokoju i wspólnej kuchni ze wspólnymi garnkami, talerzami i sztućcami to gorzej jak na biwaku. Dzieci odrabiają lekcje na parapetach i wiecznie się kłócą, bo czegoś nie można znaleźć w pudle. Mąż ma zmienione leki, które pomagają, ale są droższe od tamtych, a przecież zespołu paranoidalno-endogennego żaden architekt nie funduje sobie dla zdobycia renty. Już nie liczy na niego, już tak zostanie.
Kredyt, o który się stara dostanie tylko pod hipotekę, ale przez kilka miesięcy z każdego banku odsyłali ją z kwitkiem patrząc z przerażeniem na jej zaświadczenie o dochodach - „nie ma pani szans nawet na złotówkę” - słyszała. Znalazła bank, który da, ale nim załatwi formalności, to już trzeci zrujnowany domek jest sprzedany za gotówkę, bo nikt nie chce czekać na bankowe formalności.
Domek musi być koniecznie zrujnowany i do remontu, bo na taki tylko starczy z tego, co oferuje bank. O zakupie mieszkania czy wynajęciu nawet nie marzy, żadna oferta nie jest dla niej. Nic nie jest dla niej przy jej dochodach i wydatkach. Wariuje!!
Wzdycham razem z nią, wydychając resztki bezradności. Straszne i smutne tak, że mam ciarki na plecach z nienawiści do tej łzawej i kulawo-garbatej ojczyzny.
– Żeby gorzej nie było, bo ja już tak mam-uśmiecha się boleśnie pełna łez.
Ma problemy z dziećmi, z mężem, z dziećmi siostry i z katechetą Gabrysi. W komitywie żyje, tylko z psem, który cudem je wszystko i jest zdrowy, w dodatku nie ma pretensji o modne ciuchy.
- Ale wiesz - nie odrywa wzroku od drogi - problem jest we mnie - mówi z przekonaniem i czuć, że nie jest to urokliwy banał - to ja nie akceptując siebie, neguję resztę. Pies się tylko nie zorientował, że to wszystko moja wina.
- Nie oskarżaj się - każda by miała taki nastrój, albo i milion kroć gorszy.
- Nie, nie, ja nie chcę wzbudzać litości, ja to udowodniłam sobie - i nie ma w jej słowach ani fałszu, ani zawiści.
- Udowodniłaś?
- Tak, znajoma terapeutka wzięłam mnie na tak zwane„Ustawianie rodzin”. Nic ci to nie mówi, wiem, bo dziwnie brzmi - cedzi starannie słowa - ale to fantastyczne przeżycie. Były misjonarz u Zulusów, obecnie psycholog doszedł do tak zwanego „wiedzącego pola”, w którym uczestniczysz w przedziwnych i niewytłumaczalnych doznaniach. Trudno opowiedzieć to w kilku zdaniach, a nawet nie w kilku - też trudno. Trzeba to przeżyć, poddać się temu i wtedy wszystko jaśnieje. Baza to energia. Ale to też ci chyba nic nie mówi.
- Nic, ale mów!
- Hellinger Bert, a raczej odwrotnie, bo znowu wyszedł nam Mickiewicz Adam, a tak się przecież nie mówi - uśmiecha się i wie, że kojarzę ten szyk z licealną polonistką. - Jest Niemcem i podważa odwiecznie królującą opinię, że każdy jest kowalem swego losu. Nie! Nie każdy, a nawet rzadko kto, ale żeby być w pełni tym kowalem - kontynuuje i nie przerywa, chociaż widzi moje rosnące z niedowiary zdziwienie - należy uwolnić się od rodzinnych uwikłań, a niekiedy nawet od uwikłań z poszczególnymi członkami rodziny, często tych dawno nieżyjących, którzy jednak nami manipulują.
Moje oczy zapewne przypominają mocno nadęte piłeczki pingpongowe, bo Ewa uśmiecha się dobrotliwie i rozgrzeszająco, a uśmiech przywraca jej dawną piękność:
- Robią sobie z nami nasi zmarli, co chcą. Po twojemu normalne jaja – patrzy na mnie z niedowierzaniem, czy pojęłam?
- Za światłami w prawo i prosto - kieruję, bo jesteśmy w Tamtych.
Światła, przejścia i miejska inność ruchu urywają nasz interesujący temat, a ja czuję wypieki na policzkach. Zapraszam na kawę, ale ona wysiada tylko w celu rozprostowania kości. Patrzę na nią i wierzyć mi się nie chce, co życie zrobiło z jej urodą. Nie dość, że była boginią w liceum i w rodzinie, to jeszcze figurę miała jak posąg! Dzisiaj, to trochę roztyta, skromnie i niemodnie ubrana czterdziestoczterolatka, szpakowata z nijaką fryzurą.
Niewidomi, niewidomymi, ale przecież żyje wśród pełnosprawnych i bliskich. Wygląda jednak na to, że już jej taki upadły stan nie przeszkadza, chociaż widzę, z jaką zazdrością patrzy na moje brokatowe, wypielęgnowane paznokcie. Kiedyś dbania o siebie można było się uczyć patrząc na nią. Dzisiaj, nie chce ani tego pamiętać, ani o tym mówić.
Żegnamy się i umawiany na jutro. Może uda się w drodze powrotnej skończyć te jej przegorzkie żale.
- Dojedź do celu w całości i zrelaksuj się, bo trzeba dać temu radę i „ustawienia” musisz mi dokończyć, bom okrutnie ciekawa.
Jeszcze w windzie tkwię w problemie. Zmarli nami kręcą, no, no? Kto by pomyślał? Nie przychodzi mi jednak do głowy podważać wiarygodności jej słów łącznie z polem podglądającym, czy mądrym, bo już nie pamiętam, jak go nazwała.

Drzwi uchylone, wchodzę.
– Pokój temu domowi - wołam głośno zajmując wieszak - jest tu kto?
– Cześć stara - wita mnie w stringach i staniku, rozpędzona moja siostra.
Galopowy całus w policzek załatwia część artystyczną. Dostaje rurę od wyjącego odkurzacza z komendą: duży i przed, resztę olej. Ona znika w łazience i szum wody przerywa na chwilę dalszy kontakt. W pokoju, stół wyścielony czymś grubo i wysoko i zasłany pomarańczową frotą. Całość kojarzę z łożem.
Co tu się dzieje, to plan filmowy? Podglądam mieszkanie, ale poza stołem nic podejrzanego. Podnoszę rurę od wyjącego i ogarniam właściwie czystą podłogę; wjeżdżam do przedpokoju i na przestrzał widzę szwagra, który w najlepsze w kuchni czyta gazetę. Trochę się dziwię, a trochę nie. To taki zwariowany dom. Ale niech tam - tłumaczę sobie szybciutko, żeby mnie szlag nie trafił.
Gotowe.
Resztę olewam wedle rozkazu. Witam się ze szwagrem - bo wypada. Ostatecznie on mieszka tu z moją siostrą, która jest jego żoną i to ich mieszkanie. Psia krew! Tylko to mam na końcu języka.
– Cześć kochana - przytula mnie serdecznie owinięta w ręcznik Jola i już jedną ręką macha suszarką nad głową, drugą z najwyższej półki w segmencie wyjmuje poskładane w kosteczkę ubranie. Cienki beżowy dres ubiera przy pomocy moich rąk i nie omija nas zwijania się ze śmiechu. Wytarte byle jak ciało stawia opór i ubieranie idzie tak sękato, że tylko ze śmiechem osiągniemy efekt końcowy.
– Co to za barłóg - kieruję wzrok na stół.
– Ach, pacjent przyjdzie na masaż - wyjaśnia roześmiana.
– Niepełnosprawnych też masujesz?
– A pokaż mi sprawnego, wszyscy pokręceni, jak paragrafy. Żebym miała siłę to codziennie do północy można by towarzystwo prostować i rozciągać, ale skąd mam jej nabrać kobieto? Po dwóch masażach padam, to już nie te lata.
– A czemu w domu?
– Pan Tosiek jest z mojego bloku, autentycznie chory facet. Nie będę go gnała 13 kilometrów do gabinetu, a ksiądz przy okazji - wstąpił do piekieł po drodze mu było - śmieje się. Wreszcie tylko stół mi jest potrzebny, no i pacjent, pacjent z grubym portfelem - chichocze.
Porusza się jak automat, dam głowę, że wszystko robi bez zastanowienia.
- Po Tosiu przyjdzie jegomościu. Nie pokazuj im się, bo cię zagadają. W kuchni jest jakieś, jedzenie chyba - niepewnie mówi - ale są i gazety w razie czego - uśmiecha się dobrodusznie i puszcza do mnie oko.
– Zgoda, zgoda, ani nosa nie wychylę. To księża też się masują? - Szepczę zdziwiona nie wiedzieć, czemu.
– Ksiądz to też człowiek, w dodatku dobrze płaci - stojąc przed lustrem delikatnie ściera palcem tusz w kąciku oka, a potem rozrzuca palcami czarne kędziory.
Jest zadowolona ze swojego wyglądu i akceptuje siebie. To widać. Zerknięcie na zegarek i z całusem w policzek zostaję wepchnięta do kuchni, gdzie jestem sama. Dzięki Bogu szwagier gdzieś się zmył.
Nie mogę znaleźć rękawiczek gumowych, ale szczoteczka do zębów jest i nią moczoną w cudownie zmywającym bród mleczku rozmiażdżam grudki zaschniętego tłuszczu, czy czegoś podobnego czym usłany jest blat kuchenki gazowej. Widać, że dawno nikt się kuchenką nie przejmował. Wydaje mi się nawet, że brud jest zagruntowany czymś. Pewnie w biegu przeleciała mokrą szmatką z prochem, czy innym detergentem ten zaschnięty tłuszcz, ale tylko przeleciała. Wyboru nie ma. Czas poświęca na pracę, która daje profity, a kuchenka ani się nie żali, ani nie obraża. Po skrawku nadaję błysk wycinkowi kuchni i jestem dumna z siebie. Zza ściany od czasu do czasu słyszę śmiech i cieszę się w duszy, że ciężką pracę - jaką jest masaż leczniczy - łagodzi miły nastrój.
- Zjadłaś coś - wyrywa mnie z nad gazety Jola.
- Y, y, nie – stękam - ale nie jestem głodna.
- Ubieraj się jedziemy na zakupy - znowu znika w łazience.
W przedpokoju szafę tarasuje mi szwagier. Nie przepadam za nim, ale z wdzięczności za kuchenną samotność, uśmiecham się z fałszywą sympatią. Kierowcą jest Jola, pan mąż nie ma nawet prawa jazdy, bo po co?
W samochodzie przegadują się o zapomnianą kartkę ze spisem zakupów. Nie reaguję. To ich samochód ich małżeństwo i ich zapomniana kartka na zakupy.

Dawno nie byłam w takim sklepie - mieście i choć nie jestem fanką lotniskowego metrażu, ani obcego kapitału, to raz na pół roku jest to dla mnie atrakcją.
Po nerwowym odstawianiu sklejki wody mineralnej - bo on chce inną niż ona - cudem odnajduje się kartka i problem zakupów maleje do przyjemności. Sprawdzam czy zabrałam komórkę, bo zgubić się tutaj łatwo, a to nie moje zakupy i nie mam zamiaru pędzić za szwagrem potykając się o ludzi i kosze z orzechami. W razie czego umawiam się z nią przed kasami, tam na prostej trudno się nie rozpoznać,
- no chyba że - śmieje się Jola i gna za swoim tragarzem.
U f f f. Poddaję się antykomercyjnemu rozglądaniu, a rozkosz braku portfela czyni mnie szczęśliwą. Przechadzka między regałami ociekającymi towarem nie jest jednak beztroska. Zagapiona w asortyment i rozrzut cenowy masa ludzka jest bezwładna i nierozpoznawalna. Tu zatraca się indywidualność. Każdy staje się wózkiem z gotówką, lub kartą kredytową, ale przy kasie i to nie różnicuje nas. Starsze małżeństwo spiera się nad tabliczką czekolady, czy ta jest bardziej gorzka, czy tamta. Obok młoda kobieta wyrywa kilkulatkom słodycze z rąk i kładzie z powrotem na półkę. Dzieci się awanturują, ona tłumaczy, że..., ale do nich nie dociera. Uchwycone za jedną rękę - drugą ściągają z półki następne batoniki, które w nerwach wrzucane są do pojemnika ze skarpetami. Niechcący zahacza wózkiem o piramidę z puszek kukurydzy i czegoś tam. Obaj mają po wykręconym uchu. Młodszy płacze w niebogłosy, starszy packa go po głowie, jakby mało było nieszczęścia. Skręcam. Nie jestem pacynką i przecież to nie moje zakupy. Mam nadzieję ochłodzić emocje między mrożonkami, gdzie spór o pierogi uświadamia mi, z kim tu przybyłam? Na mięsnym robią takie zakupy, jakby od jutra mieli zlikwidować te stoiska i zapowiedziano ogólny i przymusowy wegetarianizm.
- Po co wam tyle mięsa?
- Do jedzenia – Jola puszcza do mnie oko i szczerzy zęby, co zwraca uwagę sprzedawczyń i kupujących.
Tak. To urokliwa i zadbana kobieta, po drugie, a raczej po pierwsze pewność siebie i samoakceptacja dają jej siłę przebicia i ten upragniony tupet, który wyłuszczyłby każdą z kompleksów i zniwelował zakaźnie zakorzenione w nas i niczym nie poparte skrępowanie i wymuszoną skromność, jaką nosimy w sobie. Ona pozbyła się tej wstydliwej wady. Rzuca siebie w oczy otoczeniu, a jego zachwyt maluje jej uśmiech na twarzy i prasuje zmarszczki - bo przecież nie kremom zawdzięcza nieskazitelną cerę i iskry w oczach.
Nikt by nie uwierzył, że jest rówieśnicą Ewy, a banalność prawdy, że chodziły do jednej klasy zwalnia mnie z porównań.
Przy kasie przewidywalna scena. On pakuje towar - ona płaci.
Jak można nazwać wieczorem - czas po dwudziestej pierwszej, to właśnie taki trwa, choć dla mnie to noc. Kuchnia zamienia się w małą garmażerkę i nawet klienci są już w drzwiach przyciągnięci wonią przypraw. Przy sygnałach SMS-ów, telefonach i dwóch smakowitych drinkach, praca wre. Rondle z roladami, klopsami i bitkami kończą casting na balkonie w celu wystygnięcia. Sosy bananowy i grejfrutowo-ananasowy w słoikach, szmatki wypłukane. W kuchni błysk.
- Jadło na tydzień gotowe, a resztę kochana rodzino przyrządzisz sobie sama – oświadcza uroczyście i z dumą Jola. Ale nie dziwię się jej satysfakcji. Ma powód!
Przygotowane mięsa konsumują z tym, co ugotuje pierwszy po powrocie do domu. Czasem z chlebem, jak jednocześnie wracają głodni. Ale nikt nie narzeka. Wiedzą, że bez niej było by nędznie. Mimo pierwszej w nocy i horyzontalnej pozycji w łóżku dostaję drinka, ona na karimacie naciąga mięśnie i mając czas - siebie prostuje.
Oczy mi się kleją, ledwie słyszę jej słowa, choć staram się kilka zapamiętać i nauczyć na pamięć. Zaskoczyła mnie sobą mile, zasilając moje tak zwane życiowe mądrości. Nie wypowiedziała jednego słowa, narzekania, krytyki kogo i czegokolwiek. To, co jej nie odpowiada zwiewnie omija, jednocześnie zbudowana wewnętrzna forteca strzeże jej przed nieproszonymi gośćmi.
Podziwiam!

Żeby nie konieczność skorzystania z toalety, nie dałaby się zaprosić, ale rozmowa się nie klei. Ewa jest chyba zszokowana mieszkaniem, jego metrażem i otwartością Joli. Dawno się nie widziały, a różniąca je jednostronna niewiedza, przywala tym, co widoczne gołym okiem.
Po drodze milczymy. Ewa odkręca szybę, jedną ręką gładzi brzuch, jest blada i skropiona potem. Zatrzymujemy się. Nie zdążyła. Wymiotuje przez okno. Siadam za kierownicą. Nie pytam o nic. Proszę Boga, żeby żyła.
- Domek, który miałam na oku, sprzedany – mamrocze przez blade usta.
- Nie martw się. Na co ci domek w grobie? Ty się kończysz i tu dramat.
- Przejdzie mi. Gorzej, że zawalę semestr. Nie oddałam żadnej pracy. Nie mam kiedy i gdzie pisać.
Nie wiem, jak jej pomóc. Przecież nie pocieszę jej opowiastką o Joli.
- Może ci napiszę coś, co potrafię? - strzelam na oślep, bo przecież nie mam zielonego pojęcia o pracy z niewidomymi.
- Dobry pomysł – patrzy na mnie szklanymi oczami, ale widzę, że wraca jej życie. Dzisiaj podrzucę tematy. Jedna musi być gotowa na środę, a trzy natychmiastowe. Za to opowiem ci o Berciku, przyrzekam.
Nie chcę Bercika, nie chcę niczego dla siebie już na tym świecie, Chcę tylko, żeby się jej wyprostowała ta sytuacja, bo jest warta tego musi żyć.
Nie spałam kilka nocy. O niewidomych wiem więcej niż o widomych.
Po wszystkie gotowe prace przyszedł jej mąż z kłapciatym pieskiem.
- Dali nam kredyt i jest inny domek, w dodatku wcale nie zrujnowany – wołał od drzwi Mariusz – przeprowadzimy się!

_________________
... nie zapomniałam nie e e e e e
to wszystko we mnie jest,
jak ochota na grzech,
na smutek i śmiech ....


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna -> SHIBBI Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB
Appalachia Theme © 2002 Droshi's Island