Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna
Home - FAQ - Szukaj - Użytkownicy - Grupy - Galerie - Rejestracja - Profil - Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości - Zaloguj
Jutro zaczyna się sezon

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna -> Felieton, publicystyka
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
wiosna




Dołączył: 31 Sty 2009
Posty: 28
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdynia
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 9:26, 15 Paź 2012    Temat postu: Jutro zaczyna się sezon

Był rok 1936. Miałam wtedy 13 lat, gdy rozpoczęłam swoją pierwszą w życiu pracę – wspomina pani Joanna Sowińska, gdynianka, mieszkająca wówczas z rodzicami i rodzeństwem w Małym Kacku, w Gdyni. W ostatnim dniu roku szkolnego wychowawczyni mojej klasy w Szkole Powszechnej nr 13 w Małym Kacku zaproponowała mi pracę w małym pensjonacie w Sopocie. Jej koleżanka, prowadząca ten pensjonat, potrzebowała kogoś do pomocy na lato.
Sopot od szesnastu już lat znajdował się w granicach Wolnego Miasta Gdańska. Nazywany był Riwierą Północy, kasyno gry przyciągało w sezonie licznych miłośników ruletki i bakarata, Dom Kuracyjny i Zakład Kąpielowy zapraszały kuracjuszy, chcących poratować zdrowie, a w Operze Leśnej królowała muzyka Wagnera. Językiem urzędowym był niemiecki, walutą - gulden gdański i dla Polaków z sąsiedniej młodej Gdyni „Copoty” były zagranicą.
Pensjonat prowadziła Polka, pani Świdlińska. Znajdował się przy Südstrasse /ul. Grunwaldzka/, nie pamiętam numeru, ale dom stoi do dzisiaj. Oddalony nieco od ulicy, oddzielony od jej hałasu ogrodem, z czterema pokojami na piętrze i salonem na parterze. Do nadmorskiej promenady i plaży było zaledwie kilka kroków. Miałam pomagać pani Świdlińskiej w sprzątaniu i robić drobne zakupy dla gości. Przyjeżdżali z Niemiec, najczęściej starsze małżeństwa i chyba niezbyt zamożne, gdyż pensjonat był raczej skromny.
Według księgi adresowej Sopotu z 1936 roku w mieście znajdowało się 19 hoteli i ponad 20 pensjonatów. Zamożni turyści mogli wynajmować także eleganckie wille, mniej zamożni mieli do wyboru kilka tysięcy mieszkań i prywatnych pokoi. Co ciekawe, w Sopocie wynajmowali na sezon letni wille i mieszkania również gdańszczanie, szukający letniej wilegiatury, co było kontynuacją tradycji dawnego Gdańska, gdy bogaci patrycjusze budowali tu swe letnie rezydencje. Obok oddanego do użytku w 1927 roku luksusowego Kasino-Hotel /dzisiejszy Grand Hotel/, turyści i wczasowicze mieli do dyspozycji szereg reprezentacyjnych hoteli: Central, Metropol, Reichsadler, Kaiserhof, Eden, Park, Ecker, Rheingold-Palast. Wysokim standardem wyróżniały się pensjonaty: International, Lucas czy Schauffler. W 1936 roku przyjechało do Sopotu ponad 20 tysięcy letników, zdecydowana większość Niemców i około 6 tysięcy Polaków.
Pracę rozpoczęłam na początku lipca, moja wychowawczyni pojechała ze mną pierwszego dnia, pani Świdlińska zaoferowała mi 10 zł za miesiąc i bilet miesięczny na kolej. Wsiadałam na przystanku w Gdyni-Orłowie i po kilkunastu minutach byłam w Sopocie. Niestety, po kilku dniach zgubiłam bilet – dzisiaj pani Joanna mówi o tym z uśmiechem – ale wtedy bałam się przyznać do tego rodzicom, a tym bardziej właścicielce pensjonatu. Odtąd każdego ranka wędrowałam do Sopotu pieszo. Pracowałam od 10.00 do 16.00, wychodziłam więc z domu przed ósmą rano, czekało mnie przecież kilka ładnych kilometrów, a po drodze posterunek graniczny na Kolibkach, tuż za kościołem p.w. św. Józefa i małym katolickim cmentarzem. Przekraczałam granicę między Polską a Wolnym Miastem Gdańskiem na podstawie legitymacji szkolnej. Później Stolzenfelsalle /ul. Sępia/ docierałam do Nordstrasse /ul. Powstańców Warszawy/ i dalej już prosto, obok kortów tenisowych i Kasino-Hotel dochodziłam do Südstrasse /ul. Grunwaldzka/. Po drodze był elegancki sklep jubilerski i każdego ranka przyklejałam nos do szyby wystawowej, podziwiając złote cudeńka.
Sklep jubilerski, który wspomina bohaterka mojego reportażu, znajdował się na rogu Seestrasse /ul. Bohaterów Monte Cassino/ i Nordstrasse /ul. Powstańców Warszawy/ w kamienicy złotnika Ericha Stumpfa, spadkobiercy znanej gdańskiej firmy złotniczej „Moritz Stumpf und Sohn”. W kamienicy tej był również zakład fryzjerski „Figaro”, w którym być może czesały się wczasowiczki z pensjonatu pani Świdlińskiej oraz punkt sprzedaży papierosów Gustawa Landghuta. Rodzina Heese prowadziła tam także mały hotel o ładnej nazwie „Hortensja”.
O 10.00 jadłyśmy śniadanie, najczęściej dla mnie był rogalik z konfiturami i ciepłe mleko, goście pensjonatu stołowali się na mieście, zwykle jedli tam obiad, na śniadanie i kolację robiłam im zakupy. Nie znałam dobrze niemieckiego i na początku miałam kłopoty ze zrozumieniem zamówień, ale dość szybko nauczyłam się podstawowych słówek, a i letnicy zapisywali na karteczkach, czego sobie życzą. W pobliskim sklepie warzywniczym kupowałam owoce i warzywa, najczęściej pomidory i świeże ogórki, ale też gruszki, jabłka i wiśnie. Po świeże pieczywo chodziłam do jednej z dwóch okolicznych piekarni, były to zwykle kajzerki i rogaliki, zawsze świeże i chrupiące. Zdarzało się, że zakupy robiłam u handlarza, który kilka razy w tygodniu pojawiał się ze swoim wozem na „naszej” ulicy. Pamiętam, że mówił po kaszubsku i zawsze jakoś dogadywaliśmy się. Po zakupach pomagałam w sprzątaniu. Podłogi i schody były malowane czerwoną olejną farbą, codziennie myłam je i wycierałam do sucha, wynosiłam śmieci, ścierałam kurze, nie była to ciężka praca i szybko się z nią uporałam. Jeśli była piękna pogoda i nic nie było już do zrobienia, pani Świdlińska pozwalała mi pójść na plażę, wystarczyło tylko przebiec przez Südstrasse i jedną z prostopadłych uliczek dojść do promenady, by za chwilę znaleźć się na ciepłym piasku, w tłumie plażowiczów, chroniących się przed wiatrem w wiklinowych koszach. Nie miałam kostiumu, nie wolno mi się było kąpać, moja pracodawczyni surowo mi tego zakazała, więc wchodziłam do wody po kolana, obserwowałam plażowiczów i zazdrościłam im kostiumów, kapeluszy i letniej swobody.
Sopocka plaża połowy lat 30. nie była już wyłącznie w „paski”. Zniknęły męskie i damskie „zebry”, kostiumy w biało-czarne lub biało-grantowe poziome pasy z długimi nogawkami i rękawami. Kobiety na plaży uwolniły się od gorsetów, pończoszek, nogawek i innych zbędnych dodatków, tak charakterystycznych dla strojów dam udających się do wód na przełomie XIX i XX wieku. Pojawiły się plaże koedukacyjne, panowie zrzucili górę trykotów, pozostając w samych spodenkach, a panie rozdzieliły plażowe stroje na majtki i stosowny stanik. Nad morze przyjeżdżano dla zdrowia, przede wszystkim po to, by korzystać z dobrodziejstwa morskich i słonecznych kąpieli, należało więc więcej odsłaniać niż zasłaniać.
Po plaży wracałam do pracy, z panią właścicielką jadłyśmy skromny obiad, gotowany kalafior, ziemniaki, kwaśne mleko. Letnicy wracali z plaży, zwykle mieli jeszcze dla mnie jakieś zlecenia „zakupowe”, więc wychodziłam z koszykiem na miasto. Sopot bardzo mi się podobał, to był zupełnie inny świat niż mój gdyński Mały Kack. Podziwiałam elegancko ubranych ludzi, wystawy sklepowe, tłum na deptaku i molo, zresztą ciągle coś się tam działo. Z kawiarnianych ogródków pachniało kawą, w muszli koncertowej grała orkiestra, wokół panował gwar i tętniło życie. Wszędzie wokół język niemiecki, niemieckie były napisy, reklamy, po polsku rozmawiałam jedynie z panią Świdlińską. Czasami przychodzili do niej znajomi – Polacy i tylko wtedy słyszałam w pensjonacie język polski. Do domu, do Gdyni wracałam późnym popołudniem, zdarzyło się jednak raz, że nocowałam w pensjonacie. Rozszalała się burza z potężną ulewą i „moja” pani bała się puścić mnie w drogę, więc spałam w małym pokoiku na piętrze.
Wśród kąpielisk Wolnego Miasta Gdańska Sopot cieszył się największym powodzeniem. W połowie lat 30. przyjeżdżało w sezonie do kurortu blisko 20 tysięcy letników, nieco mniej gości odwiedzało pobliskie Jelitkowo /Glettkau/, Stogi /Heubude/czy Brzeźno /Brösen/. Każde z tych kąpielisk miało swoje atrakcje i swoich miłośników, ale tylko Sopot zyskał miano Weltbad, światowego kąpieliska, oferującego kuracyjne przyjemności i usługi na poziomie włoskiej Riwiery czy francuskiego Lazurowego Wybrzeża.
Któregoś dnia spotkała mnie niemiła przygoda. Jak zwykle rano, przy Nordstrasse /ul. Powstańców Warszawy/mijałam Park Północny. Tego dnia, właściwie nie wiem dlaczego, założyłam swój harcerski mundurek, szarą rozpinaną sukienkę z pagonami i kieszeniami, z charakterystycznym krawatem, ozdobionym kaszubskim haftem. Tym właśnie szczegółem mundurka wyróżniała się nasza szkolna drużyna. W okolicy Parku Północnego, nagle ni stąd ni zowąd zostałam zaatakowana przez grupę chłopców z Hitlerjugend, mieli w rękach pałki, zaczepili mnie, zaczęłam uciekać, słyszałam pod swoim adresem wyzwiska, sytuacja wyglądała naprawdę groźnie. Uratował mnie jakiś starszy pan, który nakrzyczał na chłopców, a do mnie zwrócił się po polsku z radą, bym nigdy więcej nie pokazywała się w Sopocie w polskim mundurku harcerskim. Opowiedziałam o zdarzeniu mojej pracodawczyni, była oburzona, po południu pożyczyła mi jakiś swój sweterek, aby choć częściowo ukryć pod nim mundurek i nie narażać się na podobne szykany. Przypominam sobie jeszcze jeden podobny fakt, choć niezwiązany z Sopotem. Mniej więcej w tym samym czasie, był to rok 1935, byliśmy z klasą na wycieczce w Gdańsku. Zwiedzaliśmy, między innymi, Zbrojownię, byłam zachwycona budowlą i jej wnętrzem. Zmęczeni zwiedzaniem, weszliśmy gdzieś na herbatę. Podano nam ją bez łyżeczek, interweniująca wychowawczyni usłyszała w odpowiedzi, że polskie dzieci mogą sobie herbatę zamieszać palcem.
Po przejęciu władzy w Wolnym Mieście Gdańsku przez narodowych socjalistów (1933) gdańskie i sopockie ulice zmieniły się diametralnie. Hałaśliwe przemarsze zorganizowanych grup zwolenników NSDAP, oflagowane domy, niemieckie pozdrowienia i „krzycząca” propaganda zmieniła kolor ulic na „brunatny”. Pani Joanna jako dziecko doświadczyła tego osobiście.
Niektórzy z gości pensjonatu przyjeżdżali do Sopotu specjalnie, by obejrzeć w Operze Leśnej przedstawienia wagnerowskie. Rozmawiali o tym z gospodynią, która opowiedziała mi o jednym ze spektakli. Nie była zachwycona twierdząc, że muzyka Wagnera jest „ciężka”, nie bardzo rozumiałam wtedy, co miała na myśli, nie wiedziałam też, kim był Wagner ani dlaczego „Coppoty” żyły wówczas jego muzyką. O Operze Leśnej w ogóle dużo się mówiło, byłam tam z panią Świdlińską, pamiętam widownię z ławkami i scenę, na której wśród drzew stał jakiś zamek. Gdy wieczorem na scenie Opery śpiewał kilkusetosobowy chór, słychać go było na molo. W pensjonacie na Südstrasse pracowałam całe wakacje, oprócz umówionych 10 złotych na miesiąc dostawałam także napiwki od gości, była to zazwyczaj jakaś drobna reszta z zakupów, które im robiłam. Moi rodzice byli bardzo z tego zadowoleni, rodzina była liczna, przydał się każdy grosz. To zresztą było sporo pieniędzy, po dewaluacji guldena w 1935 roku, waluta gdańska zrównała się co do wartości ze złotym polskim. Wspominam tamte wakacje bardzo dobrze, zwłaszcza panią Świdlińską, która okazała mi wiele sympatii i życzliwości. Od tamtego czasu minęło 75 lat, a ja wciąż pamiętam szczegóły zdarzeń, ludzi i miejsca. Od czasu do czasu wybieram się do Sopotu i na ulicy Grunwaldzkiej odwiedzam dawny pensjonat i sklep, w którym każdego ranka tamtego lata kupowałam dla gości pensjonatu czerwone, dojrzałe pomidory.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez wiosna dnia Pon 9:27, 15 Paź 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Christine
Administrator



Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 544
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 21:54, 17 Paź 2012    Temat postu:

Super tekst! Z ciekawością przeczytałam , bo wspomnienia dotyczą znanych mi okolic. Cudownie, że jeszcze można usłyszeć ( i spisać !) relacje naocznych świadków przedwojennych czasów.
Copoty były kurortem oferującym: "kuracyjne przyjemności i usługi na poziomie włoskiej Riwiery czy francuskiego Lazurowego Wybrzeża" - czyżby kiedyś były cieplejsze lata?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
wiosna




Dołączył: 31 Sty 2009
Posty: 28
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdynia
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 9:47, 18 Paź 2012    Temat postu:

Dziękuję Christine, cieszę się, że odnajdujesz w tekście coś dla siebie. Reportaż ten jest częścią wstępną mojej książki "Sopot między wojnami". Ach, to fascynujące tropić przeszłość, wędrować szlakiem opowieści ludzi, z okruchów ich pamięci układać obrazy, odkrywać niezwykłość miejsc niby dobrze znanych, ale, jak się okazuje, znanych tylko z pozoru i powierzchownie. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na spacer po międzywojennym Sopocie!

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Iwona




Dołączył: 06 Paź 2012
Posty: 5
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 17:37, 18 Paź 2012    Temat postu:

Również mi się podoba Twój tekst Wesoly Poruszyłaś ciekawy temat Wesoly

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Shibbi




Dołączył: 30 Sty 2009
Posty: 413
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 17:23, 05 Lis 2012    Temat postu:

Smutny dla mnie INNY ŚWIAT - pomijając "Wolne Miasto Sopot" - ale historia przyjemna:) s.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna -> Felieton, publicystyka Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB
Appalachia Theme © 2002 Droshi's Island