Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna
Home - FAQ - Szukaj - Użytkownicy - Grupy - Galerie - Rejestracja - Profil - Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości - Zaloguj
Schibbi - POLICZONE DRZEWA

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna -> EROTYKA
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Christine
Administrator



Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 544
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 14:10, 03 Sie 2010    Temat postu: Schibbi - POLICZONE DRZEWA

Autor: Shibbi

POLICZONE DRZEWA.

1
Kos

Kos to taki czarny, średnich gabarytów (mniejszy od wrony) ptaszek z żółtym dziobkiem. Przecudnie śpiewa, wcześnie rano szczególnie w maju nie żałuje ani głosu, ani wysiłku.
Tak to już jest z samcami. Poszukując partnerki kładą na ołtarzu pożądania samych siebie – bo stwierdzenie, że dają wszystko - błaho brzmi.

Ten zwrócił moją uwagę nie po raz pierwszy. Myślałam, że to zbieg okoliczności. To się prawie nie trafia, żeby najnormalniejszy w świecie ptaszek siedzący na oparciu parkowej ławki sfrunął i przydreptał pod nogi bez najmniejszego strachu, a ten to robi.
Zatrzymałam się. Coś wykrztusiłam do niego przez łzy mój, mój - czy coś w tym stylu. Ruszyłam w dalszą drogę, ale on dreptał za mną.
Od tego dnia zaczęłam szukać mojego kosa co rano.

Coraz częściej, jak tylko przychodzi mi na myśl - to natychmiast się zjawia. Bliziutko, bez najmniejszej żenady, po prostu się zjawia. Nazwałam go Imil imieniem faceta, który mnie kiedyś zakochaną do szaleństwa zostawił. Towarzyszy mi każdego ranka i wcale nie w tym samym miejscu. Nawet popołudniu spotykamy się, a sygnałem jest moja o nim myśl. Czuję, że on mnie wypatruje i na mnie czeka – serio!
Od kiedyś mam zawsze w kieszeni coś zjadliwego dla ptaków, chcę go w odwdzięce za towarzystwo czymś poczęstować, ale on wcale nie jest łasy na mój chleb czy ciastko. Odczytuje moją myśl, sfruwa z drzewa czy z krzaczka ni w pięć ni w dziesięć i wcale nie głodny jest. Randki nasze trwają już parę lat.

Przyzwyczaiłam się do niego, do tego, że jest, że się pojawia, że mnie pilnuje, wypatruje, że czeka na mnie jak jest mi smutno, jak się czuję samotna i nie mogę sobie już z niczym poradzić. On jest.
Już go pokochałam i on mnie chyba też. Rozumiemy się bez słów, jak para kochanków zapatrzonych w siebie.
Żeby nie popaść w majaki – będąc u Beaty w Mediolanie w parku Sforzów obsiadły nas ptaki. Beata zdziwiona pyta:
- a cóż to za żółtodzioby?
– Odpowiedziałam jak rasowy ornitolog – kosy! – samce!; grupka odfrunęła. Jeden został. Miałam ściśnięte gardło i łzy w oczach.
– I tu mnie znalazłeś? – pomyślałam,
– mój kochany!
Przydreptał do mnie, Beata nie wiedziała co się dzieje.
– Mamo ty go oswoiłaś?
– już dawno – odpowiedziałam, a właściwie to on mnie
i jakoś otarłam niewidzialnie łzy – które mi się teraz też leją.

***

Nikt nie uwierzy – ale na rurze od starej anteny przymocowanej do balkonu usiadł kos – chyba widzi, że się do niego uśmiecham, Jezu, żeby Fisia go nie spłoszyła,
sfrunął na koc (legowisko i obserwatorium Fisi),

.......drepcze w stronę pokoju,

. . . . . udaję, że go nie widzę,

. . . . . . .kuka boczkiem w moją stronę,

. . . . . . . . . .przechylił główkę jakby był ciekawy co robię

. . . . . . . . . . . . .przygląda mi się,

. . . . . . . . . . . . . . serce mi zaczyna walić jak młotek, przecież to Imil -

. . . . . . . . . . . . . . . . . .skubie koc,

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .patrzymy na siebie

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Odfrunął.

Muszę przestać pisać i wytrzeć oczy, a może nawet zapalę sobie papierosa?.

Myśli znowu wróciły pięć lat do tyłu. Jak to wtedy było?

Jeszcze nie było nic, chociaż to właśnie w czerwcu się zaczęło, ale pod koniec, wtedy – jak rozpoczyna się Tydzień Przeglądów Operowych w Krakowie.
Zadzwoniła Hana, czy przyjadę, bo ma dwa bilety na „Nabuco” Verdiego. Hana ma dwóch synów Michał jest skrzypkiem w operze, Maciek organistą gdzie się da. Michał na premiery dostaje od opery (znaczy dyrekcji) darmowe bilety dla rodziny, a ja z racji tego, że jestem ciotką korzystam. Miejsca co prawda nie są na tzw. balkonie - powiedzmy bliżej wyjścia, ale zawsze to teatr i muzyka na żywo, a nie np. TV.
OK. Nie ma sprawy, jadę. Ponieważ miało się to odbyć tego samego dnia wieczorem już w pracy zaczęłam korektę swojego wyglądu. Zmywam stary lakier i ukradkiem w szufladzie biurka maluję paznokcie. Na to wchodzi Imil.
Imil to nasz kumpel, właściciel hurtowni papieru. Otworzył ją po którymś z kolei powrocie ze Stanów, gdzie ma część rodziny i jeździ tam częściej niż ja do Krakowa.
Jest wielkim, tęgim facetem, sięgam mu pod pachę, taki po prostu prawdziwy kawał chłopa. Ma gołębie serce dla każdego i jak na faceta jest aż rozczulający w tej swojej opiekuńczości, trosce i zabieganiu o dobra doczesne dla najbliższych, a rodziny szczególnie. Sypie kawałami gdzie tylko wejdzie, ma świetne poczucie humoru, a jak on się śmieje? On się nie śmieje, on się chichrze, on płacze i pęka ze śmiechu, aż zaraźliwie, ale serdecznie i zdrowo. Fajny z niego facet – lubię go, ale na tym koniec.
- Cóż ty wyrabiasz?– pyta, jak to on radośnie uśmiechnięty,
- jadę do teatru – rzucam informacyjnie i bez skrępowania tym, że robię co robię i to przy biurku, w godzinach pracy no i można dodać jeszcze do tego co, kto chce,
- weź mnie ze sobą – głosem chłopczyka i z minką zagubionego szkraba mówi Imil, a ja nie bardzo wierzę czy to prawda, czy żart,
- zaraz, zaraz kolego to nie takie proste – gmatwam sytuację - muszę zadzwonić czy siostra ma więcej biletów, albo w ostateczności czy zrezygnuje ze swojego?
- Dzwoń – wręcza mi słuchawkę i chce wykręcić numer.
Hana, nawija,
- a co to za facet ?– no jak jej opiszę faceta przez telefon, który siedzi przed moimi oczami.
- Duży - mówię,
- a czy będziecie u mnie spali?, bo spektakl skończy się około 23.00 - męczy mnie moja siostra „Matka Polka”,
- nie ma mowy o spaniu, wracamy do domu choćby nad ranem - tłumaczę się - co ty stara, nie chcemy ci robić żadnej krępacji. Odstępujesz swój bilet czy nie?,
Imil wszystko słyszy – i szeptem podpowiada :
- a czego siostra lubi się napić (oczywiście o alkoholu myśli, a ja się dobrze domyślam),
powtarzam – wszystko wiernie. Na co moja siostra zaskakują mnie jasno ookreśla trunek,
- Whisky!
Krakowskim targiem dobijamy, że:
- odstąpi bilet,
- zrobi kolację,
- dostanie Whisky,
- nie nocujemy,
- i koniec.
Imil zadowolony, jak by mu ktoś w kieszeń napluł (tym zwrotem szczyt zadowolenia określa moja Mama,) umawia się ze mną na szesnastą. Na odchodne mówię cichutko i grzecznie:
- stary tylko się odstaw, żebyś mi wstydu nie zrobił,
- a w co będziesz ubrana?
- granatowa żorżetowa sukienka i perły człowieku, p e r ł y.


Spotkanie pod sklepem przerasta moje oczekiwania i nie tylko moje. Do sklepu wychodzi z mężem na zakupy koleżanka z pracy. Ela pracuje w innym biurze, ale lubimy się od dawna. Jesienią chodzę do jej mamy na jabłka, bo lecą i nie ma kto zbierać, kiedyś chodziłam po mleko, bo mama miała krowę i nie było co z mlekiem robić. Teraz nie ma krowy, ale jabłka rosną dalej i popołudniowo – wieczorne spotkania nie zaginęły.
Też jej gały - czyli oczy wychodzą widząc Imila, który jest odstawiony jak ambasador USA – e, e, . . gdzie tam do niego ambasador, jak szejk Kuwejtu, czy nawet całych Emiratów. Granatowy sztuczkowy garnitur, kryształowo biała koszula i prawie, że złocisty krawat. Jezu! Nie do poznania, że to ten sam facet. Pachnie jak boutique Kevina Kleina, albo jeszcze lepiej. Autentyczne męskie cudo.
Ja natomiast – wyglądam, jak kierowca TIRa, po trzech dniach postoju na ruskiej granicy: getry, tenisówki, podkoszulek ze szmaciarni, włosy wczorajsze, no, dramat na prostej drodze!!
Nie wchodzę do sklepu, w którym wg relacji Eli szaleje Imil– ona już wyszła i opowiada mi co się tam dzieje. Sprzedawczyni goni jak poparzone, a on wybiera Whisky – no i wybrał, takie za tysiąc złotych, jeszcze upomniał się o pudełeczko wyłożone aksamitem, bo to ma być prezent w rewanżu i bardzo mu zależy, żeby był elegancki.
Wsiadamy do samochodu. Jestem zła jak diabli, bo kto to widział tyle forsy wydać na alkohol? Ale jedziemy. Muszę pilnować zegarka, przecież mam się jeszcze zrobić cała - od piwnicy aż po dach tzn. kąpiel, fryzura, makijaż, kiecka no i perły.
Ponieważ jestem z nim po raz pierwszy w życiu w sytuacji pozapracowej, to trochę go obserwuję, ale on mnie też. Schlebia mi: że fantastycznie prowadzę samochód (wiem, że dobrze prowadzę nie musi się wysilać, ale milczę i czekam na dalszy ciąg pochwał, bo bądź co bądź to miłe), że prawie jak facet -mówi i myśli, że to pochwała (oj! tu już przesadził, faceci dużo gorzej jeżdżą, bo myślą, że jak są facetami to już wystarczy, noga na gaz i świrowanie), przyczepił się nawet ładności moich nóg (mam krótkie getry), że nie wiedział że mam takie ładne nogi (a skąd miał wiedzieć, przecież nie chodzę w getrach do pracy). Ha ha za to plecy mam jak podstawa socjalizmu – czyli Gomułka z Cyrankiewiczem razem wzięci – ale to moja tajemnica.
- Matylda, a twoja siostra nie obrazi się, że wyłudziłem od niej bilet?
- no to się obrazi - mówię – trudno, sama to wymyśliła to teraz ma.

Zakopianka zapchana, jedziemy wolno, dla urozmaicenia podróży przymierzamy swoje dłonie – jego są jak szufle do kamieniołomu, moje zajmują jego śródręcze. Śmiejemy się, że takie różne jest ciało ludzkie.
Dojeżdżamy, – przedstawiam go siostrze. No teraz już przesadził: Wersal nie mylić z wersalką – Jezu! jaki szarmancki! Mojej siostrze samotnie wychowującej dwóch synów od dwudziestu prawie lat pawie pióra wychodzą z tyłka. Jest tak zauroczona, że nie wiem co będzie?
A.. . . niech się dziej co chce – idę do łazienki, biorę prysznic, myję głowę zaczynam się robić na „bóstwo”.
Hana wynosi z kuchni w ramach poczęstunku popodróżnego wszystkie frykasy i to co ma najlepsze – Whisky zostaje rozlane, popijam między suszeniem głowy, a makijażem, ale jak na taką kasę, to żadne pyszności!
Jest Monika – żona skrzypka operowego i coś mi się zdaje, że patrzy na mnie przez pryzmat kochanki Imila. Hmm.. szkoda, ale to tylko kolega, którego w przypływie ułańskiej fantazji zabrałam do teatru. Monika jest słodka jak „miód ze smalcem”, a ja nie wyprowadzam ją z błędu. W życiu nie miałam kochanka, to czemu nie? Imil całuje po rękach kogo dopadnie, jest wyluzowany, zachwycony chyba nie tylko samą sytuacją i samym sobą. To nie ten facet, którego znam. To jakiś inny wyzwolony człowiek, który nie wie co robić z wolnością. Nie znam go aż tak, a takiego to w ogóle nie znam, chociaż nie sprawiał wrażenia zakompleksionego gostka.
Mam już fryzurę, makijaż, podczas suszenia włosów, Imil znowu mówi:
– ładne masz nogi - ale tym razem głośno kwituję:
- wiem.
Jestem gotowa. Wyglądam odlotowo, Monika nie opuszcza mnie, doradza i chwali w czym jest mi najlepiej. Boże!, jaka ona cudna! Kiedyś się jej za to odwdzięczę, nawet nie będzie wiedziała, że to za to!
Możemy wychodzi, już czas, Imil chce zostać z moją siostrą. No właściwie, to nie widzę przeszkód, ale jak przywiozłam go do teatru, to choćby na czworaka – to do teatru!
Wychodzimy.

Trochę jestem zła. Podejrzewam, że za dużo tej whisky wypili.

* * *

Teatr ma swój nastrój, nawet zapach tu inny.
Ja wiem, po co przyjechałam! Po „va pensiero sull’ali dorate...” Boże, jak chór to śpiewa, to ja nie, że mam gęsią skórę i dreszcze czy co tam jeszcze innego się ma, ja mam odlot, gdzieś mi dusza ucieka tam. . . gdzie zawsze chciałam, tylko nie wiedziałam gdzie ma mi uciec, a to tam!
Moja dusza umie porwać ciało i rośniemy w takich chwilach do wielkości Kosmosu. Promienieję ze szczęścia, jak najjaśniejsza galaktyka. Rodzę się na nowo, przybierając niezniszczalną formę bezcieniowego blasku - co jest widoczne.
Imil też jest zadowolony, a nawet chyba szczęśliwy. Całuje moje dłonie, a właściwie każdy palec z osobna, ale zwalam to na karb wzruszenia i magicznego nastroju. Turkusowo – szaro - żółtawa plama, jaką tworzą aktorzy na scenie nastraja, a muzyka i chóralny śpiew teleportują nas w nieznane głębie marzeń.
W przerwach towarzyszy mi przy papierosku (sam nie pali) podpala, nadskakuje, jest tak uprzejmy i miły, że aż krępujący. Nie jestem przyzwyczajona do takiego służenia mi.

Jest moja aria!
Cudo!
Boże dzięki Ci, że mogę tu być, to słyszeć i znowu przeżyć.

Jesteśmy umówieni z Michałem przy drzwiach wyjściowych dla orkiestry i reszty artystów, ale nie czekamy, nie idziemy pod to wyjście, wychodzimy na Kraków.
Imil całując moje dłonie mówi:
- ale mi zrobiłaś ucztę duchową – dzięki,
milczę . . . , nie chcę, żeby zmalał w nas człowieczy blask, który odrodził się i urósł w teatrze. Pielęgnuję bezdech, w którym chcemy tkwić oboje i rosnący w milczeniu zachwyt, który zdradzają błyszczące oczy. Cieszę się, że czuje jak ja, a nawet mocniej. Nie dziwię się! Byłam na tym kilkanaście razy i za każdym razem wychodzę taka sama wielka. To magia.


Uwieszona pod jego pachą daję się prowadzić przez miasto. Lakierkowe szpilki gniotą mnie jak diabli. Zdejmuję je w pół drogi i idę dalej w rajstopach, nic i nikt nas nie obchodzi prócz siebie. Jest ciepła, gwiaździsta, czerwcowa noc. Oświetlony lampeczkami Rynek jest pełen ludzi – kawiarenki żyją i szemrzą winem, lodami i drinkami. Idziemy bez celu, coraz bardziej przytuleni. On niesie moje buty za piętowe paseczki.
W okolicach Kościoła Mariackiego bierze mnie w ramiona, jak w zwolnionym tempie przytula, czuję jego łapę na plecach, delikatnie muska ustami moje włosy, czoło, oczy - całujemy się – p o z w a l a m.
Potem, c a ł u j e m y s i ę co parę kroków i to z taką namiętnością, że nie możemy odpaść od siebie, na środku ulicy, pod latarniami, między ludźmi. Nie przeszkadzają nam – ba, odpowiada nam to, żeśmy zwariowali. Tu i ówdzie migają flesze lamp błyskowych, no!, tylko tego brakuje, żeby nas ktoś sfotografował!, ale zwykle zasadny i lojalny wobec rodziny Imil, mówi :
- odkupię każde zdjęcie z Tobą , będzie najważniejsze dla mnie w życiu.
Staram się łagodzić sytuację i filozofuję:
- no, no żebyś nie żało. . . – całujemy się znowu i przytulamy tak, że czuje na piersiach jego guziki od koszuli.

Na Rynku już nie ma lampeczek – są nowonarodzone gwiazdy, ludzie - są przyjaznymi duszkami, a wygwieżdżone niebo, które widzę w przerwach pocałunków – złotym deszczem. On nie jest facetem, z którym byłam w teatrze i który podpalał mi papierosa. To aksamitny, ciepły dźwig, który mnie unosi, przytula, całuje i szepcze namiętne, zaczarowane słowa.
Jestem poza codziennością. To inny wymiar! Nie wiedziałam, że całowanie z mężczyzną to takie miłe uczucie. Kiedyś przeczytałam w pewnie kretyńskim poradniku dla zakochanych, że mężczyzna w czasie pocałunku powinien mieć zamknięte oczy i wtedy pomyślałam, że jak mi się trafi okazja to podglądnę delikwenta.
Nie podglądam, nie obchodzi mnie czy ma zamknięte, czy otwarte, czy przewraca nimi. Nawet nie myślę o tym. Przeistaczam się w inną osobę, czuje to.


Jakimś sposobem wracamy do mojej siostry. Jest około pierwszej w nocy. Hana prawie, że się cieszy, z naszego dotarcia. Jest Michał, Monika – jemy kolację. Jakaś fantazyjna sałatka z bobu i czosnku – rarytas, coś jeszcze pysznego, ale nie pamiętam.
Przebieram się za kierowcę TIR-a.
Żegnamy się.
Imil dziękuje jeszcze raz mojej siostrze i Michałowi za „ucztę duchową”.
Wracamy do domu, ale jesteśmy już inni. Przynajmniej ja i inny dla mnie ten sam świat, inny ten sam facet, inna ta sama droga asfaltowa, inna kierownica i szyba w tym samym samochodzie.
Wszystko jest inne.
Podróż jest niby spokojna, droga prawie pusta, ale nieustanne dotykanie, ściskanie dłoni, pożądliwe wzajemne spojrzenia, całowanie wytrącaj mnie z równowagi. Zjeżdżam na pobocze, już nie wytrzymam, chcę, żeby mnie całą przytulił, chcę czuć te jego łapy na moich plecach, chcę czuć jego siłę z jaką to robi i wejść w to szaleństwo, które nas opętało, a raczej nami zawładnęło.
U f f f - tego chciałam.
Jedziemy.
Boże, jak ten samochód cudownie jedzie, jak by miał skrzydła.
Imil śpiewa:
„ale to już było i nie wróci więcej . . . ” ja wtóruję dziarsko – lubię tę piosenkę,
„choć nam tyle lat przybyło to do przodu wciąż wyrywa głupie serce . . . ”
Rozstajemy się tam, gdzie rozpoczęliśmy nasz wyjazd – ale plac pod sklepem też jest inny.
Wracam do domu – facet, z którym mam troje dzieci śpi.
Mogę zasnąć - ,
Ale nic z tego. Serce mi się tłucze, pewnie i ciśnienie i tętno i inne wskaźniki mam podwyższone łącznie z cukrem i cholesterolem.
Nic to – jestem szczęśliwa.

***
W pracy staram się zachować pozory normalności, wreszcie nic się nie stało –cóż to znowu za wydarzenie całować się z kolegą w nocy na Rynku Krakowskim?, phi – też mi bomba! Reżyseruję wszystko: każdy gest - to ruch, nad którym panuję, żeby się nie zdradzić, każde słowo - jest wycedzone, jakbym się bała, że powiem to co myślę, że podzielę się tą moją radością. A to niemożliwe, ale co druga koleżanka pyta:
- a coś ty dzisiaj taka ładna?
No właśnie, pewnie widać ten czar, blask i błysk w oczach, jakie mają zakochane kobiety, a tajemny uśmiech na twarzy jakiego dawno nie miałam też mnie zdradza, ale tego już nie opanuję, nie zamażę. To kipi ze mnie.
Jestem w jakiejś erotycznej panice, której nie mogę opanować własną siłą woli (a czy ja w ogóle mam inną wolę niż ta?).
Do biura wchodzi Imil (wcale nie miał interesu dzisiaj do nas przyjechać, ale jest). Moją bluzką szarpie, jak na wietrze. Zniknął totalny luz, cudowna obojętność na mężczyzn, ten mój kąśliwy dowcip i poza kumpla. Dla mnie faceci to siła robocza- jeśli się do tego w ogóle nadają, jak nie – to w ogóle ich nie traktuję. Są niewidzialni, nie istnieją, nie ma ich!
Już tego nie mam, nie potrafię być jego kumplem, chociaż robię co mogę.
Imil ukrywa swoją pożądliwość dla mnie. Dla zmylenia przeciwnika wychwala po raz któryś kolację u mojej siostry, jakby trwała tydzień, ja czuję się z chwilą jego wejścia – naga. Tak, on mnie wzrokiem rozebrał i zabiera po kawałku. Nie bronię się, odpowiada mi ta forma grzeszenia. Jestem mu wdzięczna, że nie zapomniał od wczoraj, a raczej od nocy, że się mnie nie wypiera. Potwierdza, że nie był to sen.


Tego dnia do biura wszedł może dwieście razy – a może i trzysta, nie liczyłam. Ale dobrze mi to zrobiło, tak się obyłam z tym „nowym” Imilem. Wyrównała mi się akcja serca i wskaźniki – i dobrze, bo groziło mi pęknięcie żył, a po co?

* * *

To był pierwszy dzień, a właściwie pierwsze godziny naszej „inności” – i nie za każdym spotkaniem z moim kosem – mam taki obraz przed oczami.
Mam różne: ciepłe, czułe, trochę szalone, spontaniczne, szczęśliwe, bo cieszyliśmy się jak dzieci, że jesteśmy razem i nikt nam nie przeszkadza. Szczere i mówiące spojrzenia, błysk oczu, zaszyfrowane tylko znanym mi kodem uśmiechy i gesty - to niepowtarzalna animacja i pantomima
No i jak mam być obojętna na wizyty mojego kosa? Czy mam udawać, że nic się nie stało? że nie widzę, że to On?
Co prawda, już nocne światła parku nie są gwiazdami, mijający mnie przechodnie nie są dobrymi duszkami, a gwiazdy – nie są złotym deszcze, chociaż do tych ostatnich został sentyment.
Już nie muszę panować nad czarem i radością jaka ze mnie wtedy tryskała, nie muszę obawiać się wejścia Imila do biura, że odruchowo przytulę się do niego. Niby niczego nie muszę udawać. Jednak maska jaką wtedy miałam – twardnieje mi na twarzy i zamienia się w przyłbicę. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Ale czuje, że tak jest.
Może dlatego, że wtedy chciałam się podzielić tym szaleństwem z wszystkimi, a musiałam milczeć. Teraz moje przeżycia chcę zachować tylko dla siebie. Już nie chcę się dzielić z nikim, ani jedną wspólną z nim minutą. Każda jedna musi zostać moja i tylko moja.
Stygnąca przyłbica coraz częściej mnie uwiera, ale tak chyba ma pozostać.
_________________

2
Czerwony pasek

Lipiec minął na częstszych odwiedzinach służbowych, sztucznych i poplątanych rozmowach dotyczących spraw też służbowych, kradzionych spojrzeniach, mocniejszych uściskach dłoni podczas normalnie – nienormalnie częstych powitań i pożegnań - też służbowych.
Za każdym razem czułam, jak przetrzymuje moją w swojej! Chociaż sekundę, chociaż ułamek. Nieustanne pożyczanie długopisu było okazją dotknięcia skrawka palca i realizacją wytęsknionego dotyku. Uruchomiliśmy w sobie nadajniko – odbiorniki, a po kilku dniach już swojskie „Enigmy”. Bez słów rozszyfrowywałam każdy gest, spojrzenie, zatrzymanie, niby omyłkowy powrót po kilka razy potwierdzoną, a iks razy zaklepaną sprawę. A wszystko w jednym i jedynym celu, żeby tylko pobyć jeszcze sekundę razem. Nie wierzyłam jak wychodził. Wiedziałam, że zaraz będzie z powrotem – i dobrze wiedziałam. Był! Znowu się żegnał. Nie drżałam. Słabłam! Wymiękałam – jak to się dzisiaj celnie określa. Ale po nic innego nie żyłam, tylko po to, dla tych sekund, dla tych mgnień, dla tych wyjść i wejść.
Jednak żadne z nas nie wychylało się. Tylko oczy parzyły rozpaczliwą tęsknotą. On wył, ja jęczałam i byłam pewna, że ułamkosekundowe gesty są niezauważalne dla nikogo. Po którejś normalnie – nienormalnej wizycie Baśka zapytała:
– Umówicie się wreszcie, czy ma mnie tu szlag trafić patrząc na was!
– Że niby czemu ma Cię trafić?, co się dzieje takiego szlakowego? – rżnęłam głupa i patrzyłam mojej przyjaciółce z najszczerszym fałszem w oczy.
– Jak długo masz zamiar żyć w tym kłamstwie? – spytała ,
– Nie wiem – szepnęłam – właściwie ile się da, no i i i szkoda, że dla ciebie to kłamstwo, bo dla mnie nie – stęknęłam - wiesz w jakiej on jest sytuacji.
– Wiem, ale macie jedno życie i musisz zadecydować. Nie jestem mądralą – cedziła – nie byłam w takiej sytuacji jak ty, jak wy, - poprawiła - ale wam zazdroszczę. Znowu masz po co żyć! A ja dalej nie. To stara widać. On ma pierdla, a ty nie mniejszego. Nie wiem, na co czekacie? – już miękko i ciepło zakończyła swoje wywody.
– Jakie jedno?, jakie życie?, o czym mam zadecydować?, nie piernicz Bacha! On ma swoją rodzinę. Może fatalną, może beznadziejną łącznie z żoną, teściową i pradziadkami, nie wiem i nie chcę wiedzieć! Nie chcę wiedzieć o niczym! Wystarczy to, co wiem . . . i to i i i, to wystarczy za wszystko – wystękałam duszącą mnie prawdę z żalem i goryczą, a nawet pretensją do nie wiadomo kogo. Ja też mam rodzinę – beczałam na całego – pieprzyć męża, którego nawet żeby nie wiem co, to nawet zdradzić się nie da, bo jak zdradzić faceta dla którego nie istniejesz i vice versa?, ale dzieci i to dorosłe? Nie, nie to nie ma szans najmniejszych. Muszę uciekać od tego wszystkiego, a szczególnie od niego, może nam przejdzie. Wiesz, że tylko cud nas uratuje – wycierałam czym się da mokre policzki i otrzepywałam łzy z wytuszowanych rzęs.
– Idiotka jesteś!, nie mówię żebyś za mąż wychodziła za niego, tylko żebyś się umówiła. Ile jeszcze chcesz żyć w tej swojej małżeńskiej samotności? On chyba w takim samym błocie się ciapie jak ty. Cud, to jest taki żeście się odnaleźli, a na dnie piekła się znajdziecie jak tego nie wykorzystacie. To jest grzech zaniedbania idiotko skończona, za nied ba nia – prawie wykrzyczała.
– Nie! – powiedziałam stanowczo – co nie znaczy że nie masz racji, ale nie! To za wielka odpowiedzialność. Jakby nas ktoś zobaczył razem, a doniósł tam gdzie trzeba ludzie rozszarpali by nas na strzępy, a mnie pierwszą. Wiesz jaka jest mentalność – facetowi się wybacza, przecież to chłop, a baba - to kurwa jedna i na stos z taką. Ucieknę od tego, od niego i ty też się módl żeby nam przeszło.
– Jak chcesz, ale idiotką to jesteś i to pechową idiotką.


W drodze powrotnej z pracy zaprosiłam ją na piwo. Od poniedziałku miałam urlop. Poplotkowałyśmy jeszcze trochę. Przyznała mi rację z tymi ludźmi i z rozszarpaniem, ale w końcu i tak zaszeregowała mnie do idiotek. Niech jej będzie, a ja swoje wiem.

Cały sierpień liczyłam dni. Bałam się powrotu do pracy, a jednocześnie tęskniłam za nim do szaleństwa. Był pod moimi powiekami, w sercu, we śnie i marzeniach. Wszędzie.

Wreszcie wróciłam. Jak to po urlopie – nawet własne biurko się inne wydaje łącznie z Baśką, która cieszy się, z mojego powrotu i końca samotni biurowej. Ona za tydzień idzie na cały miesiąc laby, a dzisiaj gęba się jej nie zamyka, nie może nadążyć z opowiadaniem wydarzeń, których nie byłamn świadkiem.
– Wiesz – zaczyna z nabrzmiałej beczki – wiesz, że jak się dowiedział że jesteś na urlopie, to zdenerwował się tak, że złamał długopis. Żal mi go było, nie wiedziałam, że mu nic nie powiedziałaś. Ale nie pytał ani o telefon, ani o adres. Nic. Tyle tylko że go do dzisiaj nie było. Nie kontaktował się z tobą?
– Nie, i ma szczęście, że nie, bo mi trochę przeszło i daj Boże że jemu też.
– Jak jemu przeszło, to ja jestem ksiądz – śmieje się moja przyjaciółka, puszcza do mnie porozumiewawczo „oko” i oświadcza szczerze, że jest wykończona pracą w samotności i w związku z tym już od dzisiaj nie będzie nic robiła. Dotrzyma mi towarzystwa i na tym finito.
– Przeze mnie możesz do końca świata nic nie robić – śmiejemy się obie, bo jest nam wesoło.
W tym momencie w drzwiach staje Imil – serce mi przestało bić, wymiękam. Baśka wita się z nim, zagaduje i w ogóle jest szczęśliwa z jego wejścia, ale ja nic nie słyszę widzę tylko gesty, szumi mi w uszach czy w głowie nie wiem! Świat wiruje. Siedzę i gapię się w niego bez słowa.
– Urlop się udał? – wita się ze mną i przytula mnie mocno do siebie ale to szczere i serdeczne przytulenie, bez jakichkolwiek podtekstów. Patrzę mu w oczy i widzę w nich ten sam błysk co na Rynku Krakowskim, wtedy w nocy. Czuję ciepły przypływ szczęścia, to cudowne uczucie być szczęśliwą, a ja jestem.
Wracają chwile pocałunków, do których domajstrowywuję sobie sceny erotyczne.Nie przeszkadza mi wcale, że jest biały dzień na dodatek w godzinach pracy, ani to że siedzę przy biurku ubrana.
Właściwie mnie w tym biurze nie ma, tu siedzi moje ciało ziemskie, astralne jest rozebranie i przytulone do niego.
Może przejmowałam jego myśli?, bo plątały mi się po głowie tylko i wyłącznie sceny erotyczne i to nie z jakiegoś tam filmu–w każdej z nich bohaterami pierwszoplanowymi byliśmy my: ja z Imilem.
Poddałam się fantazji i muszę się przyznać, że było mi dobrze. Otaczająca mnie rzeczywistość nie istniała, a ja byłam najszczęśliwszą osobą na planecie Ziemia.

Nie wiem ile to trwało? Jak wyszedł, Baśka zapytała:
- pokłóciłaś się z Imilem? czy co?
A ja, jak po powrocie z Księżyca:
- coś ty, a co się stało?
- No, niby nic, ale nie odpowiadałaś na jego pytania, nie odezwałaś się słowem to poszedł.
- Przecież ja nie słyszałam żadnych jego pytań. Nie słyszałam, żeby coś mówił.
No właśnie, mnie tu nie było, ale nikt mi nie zarzuci, że nie byłam z nim.
Wyszłam z pracy, wsiadłam w samochód i jadę do domu. Po drodze zatrzymał mnie Imil. Zjechałam w zatoczkę – wysiadłam.
- Stało się coś?
- Jedź za mną, bardzo cię proszę – powiedział.
- Nie ma sprawy.
Bez zastanowienia pojechałam, ale noga na pedale gazu trzęsła mi się, jak do prądu podłączona. Panowałam nad sobą ile mogłam, przecież to ulica i nie tylko ja z niej korzystam.
Opamiętałam się na parkingu obok jakiegoś przydrożnego zajazdu. Żeby do mnie strzelali nie wiem czy jechałam w stronę Krakowa czy Zakopanego, bo tylko tyle wiedziałam, że to ta droga.
Wysiadłam już trochę spokojniejsza.
Objął mnie ramieniem i przytulił do siebie, ale to nie była zachłanność chuci, on sercem mnie przytulał. Szliśmy w kierunku kawiarnianego tarasu, a on półgłosem mówił
- ty moja ukochana dziewczyno, czy ty wiesz – ciągnął spokojnie - że ja przez ten miesiąc twojego urlopu nie myślałem o niczym innym tylko o spotkaniu z tobą? Czy wiesz, że nie mogę spać, jeść, pracować, bo każda myśl jest obok ciebie? Przytula mnie coraz mocniej i serdeczniej i cieplej i czulej, a ja czuję, że robi mi się mdło. I co dalej z tym robić? Jak ja mam żyć bez ciebie? Ja już chyba nie umiem, a trzeba - mówi jakby sam do siebie, ale to nie zarzuty, jest w tym smutek i bezradność.
Mam ściśnięte gardło, nie mogę wystękać ani słowa, on objął mnie i przytulił. Po chwili poczułam jego łzy na moim uchu i policzku.
Rozryczałam się na całego. Miałam za ciężkie ręce, żeby mu się „powiesić na szyi” objęłam go w pasie i tak żeśmy stali przytuleni i ryczeli oboje.
Sprowadził nas na ziemię kelner:
- czy państwo sobie coś życzą?
- oj życzą sobie, życzą młody człowieku, już swoim poczuciem humoru zagadał go Imil. Butelkę szampana mrożonego prosimy,
- oczywiście, już podają – skwitował zadowolony.
Ruch był zerowy, sezon się skończył. Byliśmy prawie w tym zajeździe sami.


Usiedliśmy przy stoliku, pod parasolem, a widok był czarowny. Jeszcze zielone pastwiska, a zbocza w dolinach i pagórki plackowato rdzawo – żółte, plackowato zalesione, a nad tym króluje panorama Tatr. Totalny odlot, szaleństwo wzrokowe, uczta duchowa.
Milcząc otarłam łzy, zapaliłam oczywiście papierosa, ale nie milczałam sama - on też. Ale był odważniejszy niż się spodziewałam.
- Słuchaj skarbie – powiedział ciepło. Przepraszam za tę scenę przed chwilą, ale wiem, że nie obraziłaś się?
- za co? szepnęłam uśmiechajac się przez łzy,
- pozwolę ci dopalić papierosa – a potem, czy ty mi na coś pozwolisz? Spytał,
- na wszystko – powiedziałam wycierając zasmarkany noc,
- słuchaj moja kochana, nie wiem jak i kiedy, wiem tylko gdzie się w tobie zakochałem i to mocno. Tak, mocno. Tak mocno, że chwilami sam się dziwię, że stać mnie jeszcze na takie uczucie. Życie nabrało sensu i znowu jest cel, choć ja nie mam już prawa do takiej miłości. Wiem, że dla mnie już za późno.
- Chciałbym być z tobą – westchnął - ale to nie możliwe.
Zgódź się. . . . (patrzy mi w oczy miłosiernie), proszę cię na wszystko, spędź ze mną chociaż jeden dzień i jedną noc. Zlituj się nade mną. Ja wszystko zorganizuję. Nikt się nie dowie. Muszę z tobą TO przeżyć, będę miał po co żyć.
- Boję się – wyszeptałam - o ciebie się boję, nie o siebie, wiesz dlaczego? – i rozpoczęłam pieprzyć jakieś niemiłosierne głupoty, które podpierałam moralnością, etyką, etykietą, etykietką, zapałką i wszystkim co mi przyszło na myśl. - Nie! Nie i koniec. To głupie.
Ale sama nie wierzyłam w swoje słowa. Mało, złapałam się na tym, że przestraszyłam się ich. Boże – myślałam w duszy – Boże niech on tego nie bierze na serio, niech chce dalej tej jednej nocy, przecież ja się zgodzę wreszcie, ja też jej chcę!
Patrzył na mnie błagalnym wzrokiem, już mnie nie rozbierał, nie grzeszył. Błagał, żebrał o to co inni mężczyźni dostają od kochających kobiet.
Wypaliłam papierosa i powiedziałam równie stanowczo, jak ostatnie „nie”:
- możesz wszystko – korzystaj z okazji bo wiesz jaka jestem wariatka, coś mi się poplącze w głowie, żaświta i znowu się wycofam, ale na razie korzystaj póki mówię to co mówię, bo nie ręczę za siebie co powiem za chwilę, a teraz jestem gotowa na wszystko. Popatrzyłam mu w oczy –
- czekaj moment - zerwał się z krzesła, pobiegł do kawiarni. Wrócił z zapakowanym w białą serwetę szampanem i jeszcze jakimś pakunkiem. Postawił cały ten bagaż na stoliku. Podszedł do mnie. Wziął mnie prawie na ręce. Wtulił się we mnie i zaniósł do swojego samochodu. Wrócił po moją torebkę i pakunek. Siedzieliśmy w jego samochodzie. Wsadził kluczyki do stacyjki.
- A co z moim autem?, zapytałam od niechcenia, prawie jak bym zostawiała pudełko zapałek,
- zapłaciłem, tu jest całą dobę czynne, facet będzie pilnował. Wrócimy jutro o tej samej porze,
- a co z pracą? przecież ja jutro mam na siódmą i co powiem w domu? ( co prawda w domu jestem tylko ON – dzieci nie ma),
- z pracą załatwiłem dzisiaj – masz wolne wypisali ci urlop, w domu powiesz co chcesz.
Ruszamy.
Ja nie pytam gdzie? Jak? Po co? (choć to akurat wiem!).

Myśli mi się kotłują, jak pchły w betoniarce. Imil co parę minut bierze moją rękę i czule całuje. Za każdym pocałunkiem mówi:
- nie wiesz, co to dla mnie znaczy, jaki jestem ci wdzięczny, jak mi przedłużasz życie, będę długo żył, bo bardzo zachciało mi się żyć.
Jestem rozbrojona i przeszczęśliwa. Przecież ja też go kocham najbardziej jak tylko można. Oddałam mu się w marzeniach parę tysięcy razy. Nawet nie wiem czy chciał tego czy nie, kochałam się z nim w mojej wyobraźni z największą namiętnością i czułością. I myślałam, że sprawa jest obopólnie załatwiona.
Suma sumarum: szalona wariatka !
Tak pi razy oko zorientowałam się, że jedziemy w stronę Zakopanego ale nie całkiem. Na pewno nie było bliżej Krakowa. On musiał gdzieś po drodze zboczyć do jakiejś wioski, ale ja się nie zorientowałam w którym momencie. Nie pytam o nic.

Zwalniamy, skręcamy w jakieś podwórze, jest już szarówka około dwudziestej. Czekam w samochodzie. Gospodarz góral z krwi i kości wita się z nim serdecznie zaciągając gwarą góralską, słyszę jak mówi:
- panocku szanowny, wszytko mocie przygotowane jakeście kcieli.
Imil dziękuje. Wchodzimy do domu, mam iść po schodach na górę.
Domek jest jak na góralski dość nowoczesny. Drewniany w środku, ale klamki, okucia, światło na schodach, okna raczej współczesne, a łazienka to już zupełnie hotelowa. Domyślam się, że był tu wcześniej i wszystko załatwił, bo chyba u swoich znajomych nie wynająłby pokoju w wiadomym celu.
Pokój jest śliczny, duży z balkonem pełnym kwiatów.
Ledwo Imil przekręcił klucz w drzwiach, jak zawisłam mu na szyi. Całowaliśmy się w objęciach ja na rynku krakowskim dwa miesiące temu.
- Czekaj – powiedział, bo ja tu mam niespodziankę. Wolisz iść pierwsza pod prysznic czy ja mam to zrobić?
- wolę iść druga – powiedziałam,
- dobrze, to ja już idę bo szkoda każdej sekundy.
Imil śpiewa w łazience ...”ale to już było i znowu wróciło o, o, o przeciąga.........”.Bucha szczęściem, a moje szczęście przechodzi w błogość. To dziwny stan, ale warto dać się w niego zepchać.
Rozglądam się po pokoju, w którym jest coraz bardziej ciemno. Nagle oślepia mnie światło z otwartych drzwi łazienki. Teraz kolej na mnie. Nie pytam o żadne koszule nocne i inne akcesoria łóżkowe. Łazienka jest luksusowa widać przygotowana na nasz przyjazd. Na wieszaku mało, że jest wybór pięknych ręczników w różnych wielkościach, to obok wisi śliczny liliowy damski szlafrok – raczej taki ekstra niż przeciętny. Na półeczce, ale tak żebym musiała widzieć – są nowe w opakowaniu majteczki (a jakże mój rozmiar), rajstopy i damskie kosmetyki- łącznie z wacikowymi płatkami do twarzy. Biorę prysznic podczas którego słyszę, jak Imil radośnie śpiewa w pokoju
. . . . bo do przodu wciąż wyrywa . . . . puka do łazienki, kuka jednym okiem,
- skarbie jak to było dalej. . .?
- „głupie serce” podpowiadam roześmiana,
jest przeszczęśliwy, widzę i czuję jego radość.
Prysznic dobrze mi robi. Wyłażę, natarłam się trochę emulsją do ciała, zmyłam twarz tonikiem zawinięta w szlafroczek wychodzę i nie wierzą własnym oczom. Na stole, który dwadzieścia minut temu był tylko obrus stoi bukiet z kilkunastu czy kilkudziesięciu róż – po prostu snopek różany. Pachnie jak w oranżerii, oczy mi się śmieją i jestem zaskoczona, że dech mi zapiera. Na środku stoją dwie świece – śliczne srebrne, a właściwie brokatowe kule, obok stoi nasz szampan z zajazdu i dwa kieliszki kryształowe z maleńkimi wianuszkami z mikroskopijnych kwiatuszków na nóżce.
Imil dumny jak paw nalewa szampana obcałowując w międzyczasie moje ramiona nie okryte szlafroczkiem, który okazało się jest na szeleczkach, nie ma guzików tylko się zakłada, taki uniwersalny na każdy rozmiar. Pozwalam mu na wszystko, sobie z resztą też.
- poczekaj, jeszcze nie pij,
nie piję, trzymam ten cudnie udekorowany kieliszek w ręce i czekam. Czas przestał istnieć, znowu przenieśliśmy się w inną rzeczywistość, inny wymiar.
Imil stawia na rogu stołu swój kieliszek, obejmuje mnie tak, że czuję jego bicie serca, obsypuje pocałunkami, ale delikatnie, że aż nie przystoi ta czułość takiemu kawałkowi chłopa, bierze mnie na ręce, sięga po swój i niesie w kierunku łóżka. Łagodnie mnie stawia, przytula, znowu całujemy się wypijamy łyczek szampana i znowu i tak kilkanaście razy.
Nagość z mężczyzną nie jest moją powszedniością. Powinnam się czuć skrępowana, a ja – ja zachowuję się po mistrzowsku, jakbym miała świadectwo z czerwonym paskiem od światowej sławy kurtyzany. Bawię się nami - z nim.

3
[b]Już[/]

Spektakl rozkoszy trwał, a my jak dyplomowani znachorzy dokładaliśmy do niego z wielkim pietyzmem i celebracją swoich ziół i przypraw wszelkiej miary i gatunków. Mgła spojrzeń zapewniała bezpieczeństwo, które mimo krystalicznej szczerości - zaskakiwało wzajemnie, budząc uśpione zaufaniem ryzyko przekroczenia granicy, zza której już nie ma powrotu.
Nie przychodziło mi do głowy, że grzeszę, a że kogoś zdradzam – to już w ogóle, za nic w świecie. Hmm... może grzeszyłam, ale przez ostatnie dwadzieścia lat z Nim - z tym od trójki moich dzieci? Wydawało mi się to bardziej grzeszne i zdradzieckie – analizuję minione odczucia w towarzystwie znowu drepczącego obok mnie kosa.

Co się ze mną wtedy stało, że po paru latach celibatu - choć w małżeństwie - znowu zainteresował mnie facet, hmm . . . co? Wydawało mi się, że było mi dobrze w tej izolacji płciowej, gwarantującej comiesięczną pewność nie zajścia w ciążę - marzyłam o takim luksusie. Nie musiałam pokonywać dłużej tego przerażającego napięcia - zaszłam czy nie? Uwolnłam się od drwin kolejnego "brzucha" i zwolniłam z samotnego wychowywania następnego mojego ukochanego dziecka. Ale, na litość boską nie małam tego wypisanego na czole, o tym nikt na świecie nie wiedział. W dodatku nie marzyłam o romansie, nie szukałam sobie flirtu heh, wręcz odwrotne stroniłam od facetów. Betonowa zapora przyzwalała na układy koleżeńsko-kumpelskie i wara ode mnie na odległość wideł. Tak mi się wydawało, ale widać, źle bo stało się inaczej i do dzisiaj nie wiem dlaczego? Dzisiaj widzę, że nie miałam na to wielkiego wpływu, że działo się to poza mną, czy raczej poza moim zamiarem. Za bardzo zawierzyłam sobe, że wytrwam, że dam radę pokusie. Nie dałam i pokonała mnie, ale nie żałuję tej przegranej.

Muszę je zacząć jakoś rozróżniać, to nie jest możliwe, żeby ten sam ptak do mnie podchodził! Ale czy jest możliwe, żeby wszystkie były tak bezczelnie? – chyba też nie. Właściwie czego ten ode mnie chce? - zastanawiam się idąc coraz wolniej, bo przecież nigdzie mi się nie śpieszy. Dobrze mi i z tym kosem i z tamtym dniem, który po raz pierwszy ożywiłam. Imil ze mną jest na co dzień i często w nocy też, ale dzisiaj mam tamte chwile na świeżo przed oczyma i poleruję je z zegarmistrzowską precyzją.

Coś te ptaki musi różnić! – idę dalej w parze z moim towarzyszem. Może kolor dziobków?, albo ich kształt? Heh... ten ma dziobek prawie złocisty, taki nowy i polyskujący, jak wykąpany w złocie podczas renowacji u jubilera, a czarne piórka wybrylantynowane, jak z salonu kominiarskiego, no i odkarmiony jest dobrze mój grubasek – elegancik – uśmiecham się pod nosem.
Ptaki też pewnie mają swoją hierarchię – jak mrówki. Jedne do roboty, a inne co rano wybłyszczone na spacerek, no i mój jest pewnie z tak zwanej górnej półki. Piękny!
Chętnie bym je oznaczyła, choć nie mam pojęcia skąd się bierze obrączki dla ptaków i jak się je zakłada, tylko czy jeden z drugim da się złapać? Bo, towarzyszyć, a dać się złapać to zupełnie inna para kaloszy i znowu śmiać mi się chce z tej mojej filozofii, bo kojarzę wszystko z ludźmi. Robię sobie krótkie scenki i podstawiam pod mojego kosa znajomych facetów, tych zaobrączkowanych też, bo to żadna przeszkoda – jak się okazuje. Ten wygląda na indywidualistę, chociaż czy ja wiem... pozory mylą, już to powinnam wreszcie wiedzieć, choćby po sobie.

Rozbieranie szło jak z płatka. Oboje byliśmy wyluzowani, spragnieni siebie do granic wytrzymałości. Nigdy nie pojmę swojego zachowania, nie wiedziałam, ani nie przypuszczałam, że jest we mnie aż tak namiętna kochanka, że mam do dania to, czego mężczyzna pragnie, w dodatku mam tego dużo. To, co zdarzało się w moich marzeniach, miało mało wspólnego z rzeczywistością. Czułość, namiętność i jego pragnienie przekroczyły i moją wyobraźnię, ale jednocześnie mnie zdemaskowały. Odkrył inną mnie. I ta inna, imponowała mi po trosze, podobałam się sobie w tej nieznanej – a ze wszech miar pięknej roli.
Co w tym jest?, że dotyk jednej męskiej dłoni wywołuje gotowość oddawania się, a innej jest jak syk boa dusiciela?
Otulona jego całkowitą aprobatą i zraszana co chwilkę pożądliwym dotykiem i spojrzeniem brałam garściami rozkosz w zamian dając siebie.
Imil prowadził mnie po mapie swojego ciała, jak świetny tancerz partnerkę. Na każdą moją trafną pieszczotę odmrukiwał i natychmiast mocniej dotulał odwdzięczając się czułymi całusami, które przechodząc w delikatne ssanie niosły mnie podniecaną przez inny wymiar w jego ramiona. Dyplom za znachorstwo i tu zdał egzamin, byliśmy przecież po raz pierwszy razem, a zachowywaliśmy się jak wprawni i wytrawni kochankowie, co w głównej mierze było jego zasługą. To nie był seks, ale otchłań czułości, oddania i wzajemnego zachwytu. Ten wielki facet przestawiał mną jak plastelinowym pudełeczkiem zapałek, a ja ze strachu, żeby za daleko nie odszedł obejmowałam go mocno za szyję. Był zdecydowany. Wiedział doskonale czego chce, ale szybko wyczuł co może ode mnie dostać.
Z każdym wejściem we mnie – miał mnie więcej i dostawał dużo – co go uszczęśliwiało. Chwilami nie nadążał brać, a wtedy przytuleni, wygłaskiwaliśmy się za miniony polodowcowy okres. Nasączaliśmy swoje nosy wzajemnymi zapachami, żeby było co ze sobą zabrać - „na zawsze”- jak to dzieci mówią.

– Masz plecy jak lotnisko, a ramiona i nogi to istne pasy startowe – śmiałam się nie mogąc złączyć palców dłoni obejmując tego olbrzyma, a on uśmiechał się, uśmiechał i powtarzał kilka razy:
– Lotnisko, ha, ha, ha, ty jak coś nazwiesz, esz! Jesteś w takim razie świetnym pilotem . . .
– i kierowcą też - dodałam i znowu śmialiśmy się i przytulali i dotulali nie ustając w zachwycie.
– Czy wszystkie kobiety mają jedną pierś mniejszą ? – naszeptał mi do ucha, jakby się wstydził swojego pytania,
– Wszystkie . . . chyba – odszeptałam – ale to ty powinieneś wiedzieć,
– Jak wszystkie dwie to wszystkie, to już wiem, że wszystkie – wymruczał i mocniej ssał brodawkę mniejszej, prężąc tym samym lubieżnie moje ciało.
Jego, jak na takie gabaryty było gładkie i mało owłosione. Na klatce piersiowej miał zaledwie kępkę zarostu, ręce bardzo delikatnie, a plecy bez skazy. Sobą przysłaniał sufit co w kontraście z moją drobną figurą podniecało mnie i chętnie zmieniałam pozycje – zaskakując samą siebie.
Często żeśmy się śmiali, radośnie i szczerze, choć łzy też były ale ciepłe i wycierane w jego bark sprawiały przyjemność, którą często czuję jeszcze dzisiaj.
Mianował mnie królową i choć to dziecinnie śmieszne, czułam się świetnie w tej bajkowej roli, byłam dumna, jak mała dziewczynka, której czarodziejska różdżka spełnia marzenie bycia królewną.

Ciekawe czy tego kosa nogi nie bolą?, nadreptał się obok mnie jak głupol, a łatwiej mu przecież fruwać? Ale to chłop! Niech maszeruje i tak mu nic nie wytłumaczę. Z góry, jak patrzę na niego, to dziobek sprawia wrażenie złociutkiego krawacika.
Ech!, elegancik, nie ma co!
***
Byłam szczęśliwa z zaistniałej sytuacji, chociaż nie ręczyłam czy to jawa czy sen. Bałam się, że to, to drugie.
Dziękowałam mu parę razy, za „Sonie”, za słowa, które do mnie powiedział, za to, że się to stało dzięki niemu, szczerze zapewniałam, że też nigdy nie zapomnę tej nocy i że też mi się zachciało żyć.
Prosiłam – żartując, żeby się nie rozpędzał, bo się rozpuszczę i co wtedy zrobi?
Uśmiechał się do mnie, jak do dziecka i westchnął:
- ej . . . żebym mógł tak cofnąć czas, to bym cię chętnie rozpuścił, ale co zrobić, jak wszystko trzeba inaczej! Co zrobić? - wzdychał bezradnie.
Miałam wrażenie, że chwilami jest nieobecny, że gdzieś odfruwa i wtedy smutniał.

***
Wracając z łazienki zobaczyłam następny etap szaleństwa: opuszczona przeze mnie część łóżka była zasypana płatkami róż.
- Obskubałeś wszystkie róże ? zmrużyłam oczy z niewiary,
- wszystkie – powiedział - były Twoje, a przecież nie będziemy ich zostawiać gaździnie,
. . . miałam łzy w oczach, usiadłam na brzegu łóżka, wtuliłam się w jego olbrzymie ramiona.
Natychmiast wciągnął mnie pod kołdrę.
Po raz pierwszy w życiu byłam oblepiona płatkami róż i obdarowana tym, o czym nie wiedziałam, że istnieje, że może mieć miejsce i że mi się trafi.
Spaliśmy do obiadu.
Nie chciałam otworzyć oczu, bałam się, że to sen.
- Dobrze, że mi się to nie śniło – wyszeptałam.
Nic nie mówił, całował miejsce w miejsce moją dłoń, przytulał ją do swojej twarzy, bawił się nią, jak czasem dorosły bawi się rączką dziecka. Zakręciły mi się łzy w oczach. Znowu się wtuliłam.
Poranna, a właściwie południowa toaleta zasąsiadowała z obiadem, o którym nie zapomniał. Jedliśmy w swoim pokoju. Nie pamiętam co było, ale pamiętam, że wszystko było pyszne i jedliśmy z wielkim apetytem, co nie przeszkadzało w podjadaniu sobie z talerzy kawałeczków mięsa i karmieniu się sałatką czy ziemniakami.

***
Oboje wiedzieliśmy, że wychodzimy z bajki, że musimy wrócić do rzeczywistości choć nie bardzo wiadomo jak? Czułam, że na równi boimy się rozstania. Już nie tylko on nie wiedział, jak beze mnie żyć ? Temat stawał się tabu.
Robiłam dziarską minę, ale czułam, że on nie spuszcza ze mnie wzroku. Śledził każdy mój gest, każde spojrzenie. Z natury wesoły i gadatliwy – milczał. Wodził za mną tylko już tęsknym wzrokiem.
Byliśmy gotowi do wyjścia, ale jakoś nam nie szło. Żeby rozładować sytuację – usiadłam Imilowi na kolanach, objęłam go i zaczęłam nucić:
- . . . „nic nie może przecież wiecznie trwać - ...” ale my i tak poradzimy sobie z tym pokręconym światem – szeptałam myśląc, że to pomaga.
Siedział, jak zahipnotyzowany, jakby nie chciał się dać wytrącić z transu.
Wstałam z kolan, zaczęłam lekko masować mu plecy, wprawnie jak fizjoterapeuta. W milczeniu obsunęłam marynarkę dla lepszego efektu masażu, złapał moje dłonie i przyciągnął mnie do siebie, przekręcił jak w tańcu i przytulił.
Całowaliśmy się. I to z taką namiętnością i z takim pragnieniem siebie i z taką chytrością na siebie, jak by to miało być ostatni raz. Jakbyśmy chcieli zostać już tak przytuleni na zawsze, jakbyśmy chcieli zapamiętać to do końca świata.
- Uff, zmęczyłam się. Jestem wykończona! - zdjęłam resztę ubrania, bo nawet nie zauważyłam, że się nie dorozbierałam,
- Ja też – ale to ty mnie wykańczasz - zdejmował z nóg obsunięte tylko spodnie i nakrył nas kołdrą.

Nie spaliśmy. Przytuleni, rozmawialiśmy o nas. O tym, jakie to wszystko dziwne, że się w ogóle wydarzyło, że może KTOŚ nam to zaplanował, że nie możemy skrzywdzić naszych bliskich, a szczególnie dzieci, bo to byłoby niewybaczalne. Musimy zachować nas w najgłębszej tajemnicy.
Ja mądrala, zrobiłam wykład: jak to musimy panować nad sobą; że zgodziłam się na jedną noc i koniec na tym. Koniec i już! Sama jednak nie wierzyłam w to co mówię. Imil patrzył na mnie z politowaniem, nawet poprawił mu się humor słuchając tych bredni. Śmiał się i kiwał głową potwierdzając moje androny.
- Koniec i już - rozbawiony obejmował mnie.
- Komu w drogę temu wiesz co - zarządziłam gramoląc się spod kołdry.
Po pół godzinie opuściliśmy jedno z najprzyjaźniejszych nam miejsc na ziemi.
Gazda żegnał nas z takim szacunkiem i godnością, jaka należna jest co najmniej księdzu po kolędzie. Zapraszał, dziękował, życzył zdrowia i wszystkiego najlepszego.

Droga powrotne minęła szybko i spokojnie. Opuściła nas panika rozstania w jaką popadliśmy wcześniej. Imil nie był ani smutny, ani przygnębiony jak przedtem. Uśmiechał się, ale już o tym co było nie rozmawialiśmy. Nie umawialiśmy się na następny raz, bo oboje byliśmy przekonani, że i tak i tak nastąpi W zajeździe oddał kieliszki, podziękował za pilnowanie samochodu. Wsiadłam do swojego auta i w trasę. Jechałam pierwsza. Co chwilę mrugał do mnie długimi światłami, a ja odmrugiwałam awaryjnymi. Jak dzieci.
W domu nie było nikogo prócz suczki, która z radości widzenia mnie oszalała. Wyszłyśmy na spacer. Zaliczyłyśmy nasz ukochany pagórek Grzebień, z którego jak jest dobra widoczność to Tatry widać. Dzisiaj było cudownie – choć Tatr nie widać.
Świat wyglądał chyba normalnie, ale nie dla mnie. Dla mnie wszystko było śliczne. Ta paskudna, krzywa ścieżka przez łąkę, która po deszczu jest drogą na złamanie karku była urocza, drzewa i krzaki bajeczne. Nawet mur cmentarny wydawał się dostojny i majestatyczny, a minęłam go w swoim życiu paręset tysięcy razy i nie zauważyłam tego.

Wieczorem, przebierając się zauważyłam, że gdzie niegdzie mam przylepione jeszcze płatki róż. Delikatnie je odlepiłam i schowałam do książki, żeby równo zaschły. Od czasu do czasu wąchałam ciało, przecież pachniało nim, a przymrużone oczy przenosiły mnie do góralskiego pokoiku. Chciało mi się żyć.



***
Czekałam cierpliwie na spotkanie choćby takie, jak ostatnie na ulicy. Wiedział gdzie i do której pracuję, którędy wracam i czym. Nie powiem, że każdego dnia wracając z pracy nie wypatrywałam jego samochodu. Wypatrywałam! Ponieważ przez kilka dni nie dał znaku życia, moje wypatrywania stały się nerwowe. Jadąc powoli, zaczynałam się plątać we własnej wiedzy: jakie to on ma auto? Czy to ten kolor? Może mi się coś pokręciło, może to nie czerwone tylko bordowe, albo żółte? O Boże, a może to, to – e,e,e nie to nie jego, on miał bagażnik. Nerwy zaczęły sięgać zenitu. Chciałam dzwonić, ale nie! Czemu nie dzwoni? Może się coś stało? Ale co by się miało stać! Może pojechał gdzieś za towarem?, e,e,e towar dzisiaj przysyłają na faksowe zamówienie, po co by się plątał po Polsce. Z resztą on nie kochał kierownicy, była dla niego narzędziem pracy, a nie miłością z jaką traktuje ją większość facetów. Głowa mi pękała od domysłów, możliwości i Bóg wie jakich przypadków. Myśli kłębiły mi się, jak przy pożarze stodoły pełnej siana. W kółko zadawałam sobie pytania, na które szybko udzielałam odpowiedzi wyjaśniające moje wątpliwości. W piątek popołudniu już straciłam nadzieję na spotkanie, przecież on w soboty też nie pracuje.
No nic, wytrzymam! Przecież życie jest takie, jakie jest i ma prawo w związku z tym mieć jakiś problem do rozwiązania, który łączy się z czasem. Tylko spokój może mnie uratować. Nie przyszło mi natomiast do głowy, że np. zakończył nasz romans już w tamtym tygodniu na parkingu, że wycofał się, że zrezygnował. Mowy nie ma!
Sobotę i niedzielę jakoś przeżyłam, ale zacięłam się, nie zadzwoniłam. Nie czułam się obrażona, nawet dobrze mi zrobił taki trening. Najpierw sama wygłaszam orędzia w stylu „musimy panować na sobą”, a potem chciałabym go mieć na co dzień. Tak się nie da, albo panujemy, albo nie i wtedy ponosimy konsekwencje tego NIE. Nawet mi zaimponowało to, że nie wisi na słuchawce.
I tak pierwsze co zrobię, jak będziemy sami, to rzucę mu się na szyję i naszeptam czule, że bardzo go kocham.
. . . . . przytulam się, a on mnie obejmuje i tuli mocno do siebie; zrobiło mi się zimno. Obudziłam się; usiadłam na łóżku - miałam wciśnięte ręce w zimną ścianę. . .
Było przed szóstą, ale już nie zasnęłam.

***
Pracowałam pilnie, nie z powodu pracowitości, tylko w imię zajęcia się czymś i nie spoglądania bez przerwy na drzwi, nie zrywania się do każdego telefonu jak do porodu. Nie byłam już zdenerwowana, byłam ciekawa co powie jak przyjedzie? Dlaczego nie to? Dlaczego nie tamto? Właściwie same dlaczego? Sama postanowiłam przyjąć każde wytłumaczenie za dobrą monetę. Nie robić jakichś niepocieszonych min, a broń Bóg wymówek. Wchodzący i wychodzący ludzie z biura zupełnie mnie nie interesowali, nie byli nawet powietrzem. Nic, normalne nic. Któryś już raz przyszedł magazynier, ale przychodził codziennie kilkanaście razy, bo na tym też polegała jego praca. Ale tym razem przyszedł i nic nie chciał w swoim owczym pędzie. Przyszedł, usiadł i siedzi.
Baśka go coś zgadała z kurtuazji – a ten:
- wy nic nie wiecie?
- nic, a co mamy wiedzieć - szpicluje Baśka,
- tragedia, kurwa mać tragedia trzęsąc się szepce jąkato Romek,
- co się stało, mów – popędza go Baśka,
Ja nie mogę wykrztusić słowa, oblewają mnie poty, pali mnie w gardle, nawet nie sięgam po papierosa, mam lepkie ręce, trzęsie mi się każdy centymetr ciała, mrowieje mi broda i usta czuję, że jest mi słabo, za chwilę wpadnę pod biurko,
- kurwa mać dziewczyny, kurwa mać jebana - przez łzy mówi Romek – wczoraj tak gdzieś o dziesiątej Imil jechał do nas i miał wypadek i kurwa mać już chłopa nie ma! Jakiś pierdolony Ukrainiec wysadził go w powietrze tirem, bo mu się skurwysynowi przyczepa urwała i chłopa już nie ma! Imila, już nie ma! - Romek płacze jak dziecko,
ja mam w uszach pisk opon, już nic nie słyszę. Mam przed oczami frunące auto Imila i tą sekundę kiedy jeszcze coś myślał, wiedział co się dzieje. Może nie wiedział? Piszczy mi mózg.
Wracam do pokoju i słyszę ciąg dalszy:
- przyjechało pogotowie, Imil jeszcze żył to znaczy oddychał, serce mu biło. Miał uszkodzoną tylko głowę. Zmarł dzisiaj nad ranem koło szóstej, ale nie odzyskał przytomności. Nie było dla niego ratunku, miał wbitą czaszkę w mózg. Lekarze się dziwili, że jeszcze tyle żył.
Jesteśmy jak dwie ściany płaczu, ja cały czas nie mogę wypowiedzieć słowa, jestem jedną wielką łzą. Baśka ma zakrytą twarz dłońmi, przez które cieknie strużka.

Popołudnie przesiedziałam z Fisią na Grzebieniu zalewając się łzami i szlochając rzewnie.
Pogrzeb był we wtorek.
W trumnie, mój Imil był tak samo elegancki, jak na Krakowskim Rynku – w czarnym garniturze i złocistym krawacie.

***
Do dzisiaj na Grzebieniu jest moje miejsce do rozmów z Imile. Rozmawiam z nim często, właściwie nie wiem czy nie za często. Dowiedziałam się dużo i część pojęłam, ale i tak czasami nawet w to co pojęłam - nie wierzę!
Tam się też teleportuję w dowolnie wybrane miejsca. Raz jestem z nim na Rynku Krakowskim, raz w zajeździe, innym razem w płatkach róż.
Nie uczyłam się tego, po prostu umiem.
Z Grzebienia widać głównie lasy, pośród których na wykarczowanej polanie na niewielkim, nasłonecznionym zboczu jest piękny cmentarz. Bezbłędnie rozpoznaję to miejsce, a nawet wiem gdzie jest grób Imila.
Mam policzone drzewa.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna -> EROTYKA Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB
Appalachia Theme © 2002 Droshi's Island