Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna
Home - FAQ - Szukaj - Użytkownicy - Grupy - Galerie - Rejestracja - Profil - Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości - Zaloguj
Kolorowe motyle

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna -> NOWA PROZA
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Christine
Administrator



Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 544
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 14:19, 17 Gru 2013    Temat postu: Kolorowe motyle

Kolorowe motyle


Jest wczesne przedpołudnie. Dla mieszkańców DPS to czas śniadania, gimnastyki
i różnych zabiegów rehabilitacyjnych. Fizjoterapeuci, którzy wykonali swoje zadanie, pchają wózki z podopiecznymi do kawiarni - czas na relaks.

- Komu kawę? – pytam, gdy kolejne wózki z pensjonariuszami wjeżdżają na salę.
Głupie pytanie. Prawie wszyscy proszą o kawę z mlekiem i z cukrem, które nalewam
z dostarczonych z kuchni termosów. Herbatę pije chyba tylko pani Ola. Specjalnie dla pani Wandy dostarczany jest dzbanek z zimnym napojem, gdyż ona lubi pić bardzo dużo i jest jej raczej obojętne co.
Pani Zosia i pan Julian są już na swoich miejscach, a ja z niezmienną radością patrzę, jak ręka pana Juliana powoli sunie po plecach Pani Zosi i oboje zastygają w czułym uścisku. Dla nich kawa w dużych kubkach, mocno osłodzona, z mlekiem, oczywiście.
Pani Tosia ma minę, jakby miała się za chwile rozpłakać. Tak już z nią jest. Dopóki nie zajmie się malowaniem jest zagubiona i rozbita. Szybko popycham jej wózek w stronę stołu, daję kawę, kartki papieru, podsuwam kredki. Pani Ania już jest tuż obok, ktoś
ją usadowił przy stole, bo to przecież jej stałe miejsce i nikt nie wyobraża jej sobie inaczej
jak tylko zatopionej w rysunkach. Pani Ania i pani Tosia mieszkają razem i są ze sobą bardzo związane. Czasem pani Tosi nie ma w kawiarence, wtedy pani Ania z przejęciem tłumaczy, że jej współlokatorka czuje się źle – widać, jak się o nią martwi. Każda z nich maluje prawie przez cały czas spędzany w kawiarni, a potem także w pokoju. Pani Tosia preferuje kwiaty
i portrety, pani Ania jest abstrakcjonistką, jej talent jest wyjątkowy, rzadko się zdarza,
by ktoś miał takie wyczucie kształtu i koloru.
Do długiego stołu przykrytego ceratą, na którym można wykonywać różne zajęcia plastyczne dołączają Pani Nina i pani Wanda, obie są również bardzo uzdolnione. Pojawia
się też filigranowa pani Ola. Jak zwykle rozgląda się z uśmiechem i pyta: co ja tu robię?
Co jakiś czas ucieka z wózka podążając pieszo w kierunku drzwi. Podaję jej herbatę
i zachęcam do malowania. Jest dziś w dobrym humorze, podśpiewuje swoje tam, tam, tam,
a ja od czasu do czasu próbuję zmieniać jej rytm. Obok pani Tosi przysiadła pani Rozemaria, przyczłapała tu za swoim wózeczkiem – podpórką. Lubi pomagać wszystkim mniej sprawnym od niej pensjonariuszom, tym razem maluje wspólnie z panią Olą, mobilizuje
ją do koncentracji nad pracą.
Samodzielnie na wózku porusza się pan Władysław. Chętnie robi rurki z papieru. Wykonuje się z nich później choinki metodą papierowej wikliny. Część osób zajmuje
się toczeniem kulek z karbowanej bibuły. Służą jako surowiec przy układaniu mozaik. Przy dużym stole wszystkie miejsca są już zajęte. Reszta osób jest usadowiona przy mniejszych stolikach w głębi sali. Telewizor coś tam nadaje, ale mało kto ogląda program.
Pan Edwin cierpiący na chorobę Parkinsona, ma dziś gorszy dzień. Wstrząsają nim niekontrolowane ruchy, patrzy tempo przed siebie. To taki miły człowiek. Stawiam przed nim filiżankę kawy i z daleka, z niepokojem, obserwuję czy nie będzie potrzebna interwencja pielęgniarki. Pani Ala, która zaparkowała swoim wózkiem obok niego, wodzi za mną zdziwionym wzrokiem – wciąż wydaje mi się, że miałaby wiele ciekawych rzeczy
do opowiedzenia, ale nie otwiera się i chyba mnie nie poznaje.
Jest wczesne przedpołudnie. Późnojesienne słońce przenika przez szyby,
w kawiarence robi się bardzo ciepło, a mnie się wydaje, że w tym rozedrganym słonecznymi promieniami wnętrzu widzę kolorowe motyle.


Rozemaria

Ma bardzo zręczne ręce. Potrafi zrobić szalik na drutach, pięknie układa mozaikę
z toczonych z bibuły kolorowych kulek. Zawsze ciekawa nowości angażuje się w każde zadanie proponowane przez terapeutę.
Pani Rozemaria jest wojennym dzieckiem. Ojciec niemieckiego pochodzenia, matka Polka, w Gdańsku takich rodzin było wiele. Nie utożsamiali się z żadną polityką, żyli przecież
w mieście, które uważało się za wolne i kosmopolityczne, zanim namieszał Hitler. Po zajęciu Gdańska przez nazistów niemieckie nazwisko sprawiło, że wywieziono jej rodziców
na roboty przymusowe do rzeszy. Tata – rymarz - robił buty dla wermachtu, mama kopała kartofle na polu bauera. Rozemaria przyszła na świat w czasie, gdy dzieci ze związków Polki i Niemca nie powinny się rodzić; obowiązywała czystość rasowa, a zresztą… na zupie
z brukwi i pieczonych w ognisku ziemniakach trudno było uchować się dziecku. Rozemaria się jednak uchowała. Była silna i pełna życiowej energii, ale zabrakło jej witamin, protein
i szczęścia, by wyrosnąć na w pełni zdrowego obywatela. Miała 3 latka, gdy rodzice powrócili do Polski, do zrujnowanego Gdańska. Ojciec starając się sprostać zadaniu wykarmienia licznej rodziny (Rozemaria ma czworo rodzeństwa) otworzył warsztat i mały sklepik z wyrobami rymarskimi we Wrzeszczu, na ulicy Miszewskiego. Skórzane paski, rzemienie, torebki, buty, w czasach, gdy na rynku niczego nie było, cieszyły z się dużym powodzeniem; można tu było się zaopatrzyć w unikalne, trudne do zdobycia artykuły. Rozemaria jak i reszta rodzeństwa pomagała ojcu w pracy, a w wolnych chwilach lubiła zajmować się haftem, szydełkowaniem i robieniem szmacianych kukiełek. Te kukiełki były jej najlepszymi przyjaciółmi, a sklep taty całym światem. Chyba nie było jej łatwo, bo gdy pytam gdzie jej jest lepiej: tam, w pachnącym garbowaną skórą warsztacie, czy tu, w zaciszu DPS, ze zdecydowaniem mówi

– Tu. Bo tu jest dużo ludzi, mam z kim porozmawiać i wciąż się coś dzieje!


Zofia

Warszawianka od pokoleń. Do dziś pamięta swój przedwojenny, warszawski adres: Radzymińska 24, trzecie piętro. W domu nie przelewało się, więc osiemnastoletnia panna chciała jak najszybciej usamodzielnić się. Na Okęciu mieściły się duże zakłady metalurgiczne, pojechała tam szukać pracy. Ubrała na tę okazję najlepszą sukienkę w kwiaty, czerwone pantofelki i takież korale. Po drodze uwagę Zosi, która bardzo lubiła śpiewać
i tańczyć, przyciągnęła barwna ferajna. Amatorskie kółko teatralne wystawiało rewiowe przedstawienie; grali i śpiewali przeboje, którymi upajała się wówczas Warszawa. Animatorem i duszą teatrzyku był przystojny frezer z tutejszych zakładów, Henryk.

„I srebro i złoto
To nic chodzi oto
By młodym być
Więcej nic…”

Niebieskooka blondynka zgrabnie poruszająca się w rytm melodii od razu wpadła w oko Henrykowi, porwał ją do tańca i już nie wypuścił ze swoich ramion… Zosia przyłączyła się do teatralnej cyganerii. Wkrótce wzięli ślub w kościele na Pradze i już jako małżeństwo wyjechali do Starachowic, gdyż tam Henryk dostał „dobrze płatną” pracę w zakładach produkujących sprzęt dla wojska. Miało być jak w raju, lecz rzeczywistość skrzeczała, często nie było co do garnka włożyć i czym napalić w piecu. Z tego okresu najbardziej pamięta jak wymykała się wieczorem z duszą na ramieniu do lasu, wycinać suche chojaki, zbierać susz. Lecz przecież:

„Nie rozgłos nie sława
Nie stroje, zabawa
Lecz młodym być
Więcej nic …”

Wkrótce przyszła wojna, Niemcy przejęli zakłady i pracowników; znajdowali się teraz
pod ścisłym nadzorem. Gdy zbliżał się sowiecki front wywieźli maszyny i wszystkich zatrudnionych w zakładach ludzi do obozu w górach Harz. Zosia została sama, z pięcioletnią Basią i w zaawansowanej ciąży.

- Gdy Andrzejek, mój syn, prosił się na świat, szłam pieszo trzy kilometry do szpitala, modląc się głośno, by Najświętsza Panienka nie pozwoliła mi urodzić w rowie – wspomina.
- Miałam szczęście, udało mi się dotrzeć na czas, chłopiec urodził się zdrowy, ja też jakoś doszłam do siebie, a od męża napływały wiadomości. Zmuszony do niewolniczej pracy jakoś sobie radził, żył i tęsknił za nami.
Gdy Henryk wrócił po wojnie, szukaliśmy dobrego miejsca dla naszej rodziny i trafiliśmy
do Gdańska. Miasto odradzało się ze zniszczeń wojennych, a my uczyliśmy się na nowo wspólnie żyć i budować swoje szczęście. Zapuściliśmy tu korzenie. Znowu udzielaliśmy
się w amatorskim teatrzyku, występowaliśmy na akademiach i festynach ludowych,
a śpiewało się wówczas tak:

„Znów wzywa nas radosna pieśń:
Do szeregu! Do szeregu!
Czas nam pracą wzmocnić wolność i ład
Hej, junacy - ej, chłopcy, dziewczęta,
Do roboty! do roboty!”

Ale przedwojenne szlagiery wciąż były aktualne:

„Najbiedniejszym być najskromniejszym być
Ale mieć przed sobą świat
Zakochanym być i kochanym być
I mieć wciąż 20 lat”

Dawne życie było barwne, pełne lepszych i gorszych chwil. Teraz, gdy Henryka już dawno nie ma, Pani Zosia wspomina jego słowa: bądź silna, Zosiu, powinnaś być silna!
Nadal pięknie śpiewa, ma także dobrą pamięć, potrafi odtworzyć słowa wszystkich przebojów, które towarzyszyły jej w życiu. Jest zadbaną, zgrabną kobietą, gładka cera nie zdradza ile ma lat. Ja wiem, ale nie powiem, bo pan Julian mógłby się dowiedzieć,
a przecież kobiecie lat się nie liczy.
Pytam, w jakich okolicznościach poznała pana Juliana.

- To było pierwszego dnia, gdy tu zamieszkałam – odpowiada, z zalotnym uśmiechem odwracając się do swojego towarzysza, który przysłuchuje się naszej rozmowie. Przez cały czas trzymał rękę na jej plecach, teraz przytula się mocniej.

- Tak, tak.. Pamiętam jak weszła do kawiarni przepiękna kobieta, była trochę zagubiona, więc szybko podniosłem się i zaprosiłem by zajęła miejsce obok mnie – wtrąca pan Julian.
Pan Julian, jako jeden z niewielu pensjonariuszy, porusza się samodzielnie, podpierając się tylko laseczką. Jest bardzo szarmancki, patrząc na niego myślę, że musiał kiedyś bardzo podobać się kobietom. Pracował w zakładach meblarskich, zajmował się stolarką, potrafił nawet samodzielnie w domu zrobić stół, szafę, regały.
Z rodziny został mu syn, wnuki i prawnuki. Złego słowa o nich nie powie, dbają o seniora, odwiedzają, czasem zabierają do domu. Ale jego życie coraz bardziej ogranicza „dziurawa pamięć”, więc najważniejsze jest to, co dziś będzie na obiad i jeszcze… jedno marzenie: zaprosić panią Zosię na randez vous do prawdziwej restauracji, kupić bukiet róż, pudełko czekoladek, a gdy ona je otworzy znajdzie tam jego serce i… może jeszcze coś.

- Usiadłam koło Juliana i tak pozostało do dziś – kontynuuje pani Zosia.– Gdzie ja – tam Julian, a gdzie Julian, tam Zosia. On jest słabego zdrowia, a wiecznie udaje młodzieńca. Dbam o Julianka jak tylko mogę. Zawsze lepiej jest być we dwoje. Jesteśmy parą, kochamy się.
Na ucho mi wcześniej powiedziała, że czasem, gdy tylko we dwoje z Julianem jadą windą, całują się w usta. I to właściwie wszystko w temacie miłości.


Władysław

Gdy wieczorem sen nie chce nadejść pan Władysław wciąż wraca myślami do swych najszczęśliwszych dni. Znowu widzi wysoką, zgrabną szatynkę z pięknym uśmiechem,
pełną wewnętrznej energii, którą zarażała wszystkich wokół siebie. Oczarowany, przetańczył z nią całe wesele, na które zaprosił go kuzyn z Bytomia. Po weselu został jeszcze
na parę dni, chociaż nie miał tego wcześniej w planie, gdyż Danuta - tak miała na imię nowopoznana dziewczyna z Gdańska - spędzała tu wolny czas u swojej rodziny. Zaprosił
ją na randkę i randka trwała całe te kilka dni, na które urwał się z pracy.
Mieszkał i pracował w Katowicach. Danuta była artystką, skończyła liceum plastyczne
w Orłowie. Miała wyjątkowy styl w ubiorze i zachowaniu, który musiał przyciągać uwagę
w szarych czasach PRL.

- Tak, to były piękne dni – wspomina pan Władysław
- Nigdy przedtem ani później nie pachniały tak mocno kwiaty, ich słodycz mieszała
w naszych głowach, gdy w parku siadaliśmy na ławce pod akacjami. Czułem, że nie chcę wracać do Katowic, zresztą nigdy nie lubiłem tego miasta, byłem w nim przymusowo.
Po skończeniu studiów na politechnice zostałem tam skierowany obowiązującym w owych czasach nakazem pracy. Zapatrzony w śliczne oczy Danusi, zapominałem o całym świecie.
Jednak wszystko co piękne kończy się, czasem łzami, czasem – znalezieniem sposobu
na zachowanie czaru uczucia na zawsze. Ostatniego dnia przed rozstaniem podjęliśmy
z Danusią najważniejsze decyzje dotyczące naszej przyszłości. Przede wszystkim, że chcemy być razem. Że postaram się o przeniesienie do Gdańska i tam wspólnie zamieszkamy.
No i jeszcze to, że będziemy mieć dużo dzieci.
Spełniły się wszystkie nasze obietnice, bo bardzo tego pragnęliśmy. Udało mi się uzyskać przeniesienie do Gdańska, chociaż trzeba było ubiegać się o zgodę w ministerstwie. Pobraliśmy się z Danusią i nasze życie było zgodne i szczęśliwe. Urodziło nam się trzech synów, wychowaliśmy ich na dobrych ludzi, pomogliśmy zdobyć wykształcenie.
Ale teraz Danusi już nie ma. Moje zdrowie też mocno podupadło, mam różne choroby,
najbardziej utrudnia mi życie niedowład nóg. To mocno ogranicza. Nie poddaję się, korzystam ze wszystkich, dostępnych form leczenia i rehabilitacji, sam stosuję dodatkowe ćwiczenia. Wciąż mam nadzieję, że będę chodził. Chciałbym pograć jeszcze
w szachy – to była kiedyś moja pasja. Aby znaleźć partnerów musiałbym udzielać
się w jakimś klubie, na razie to niemożliwe, ale z czasem, kto wie.


Budzimira

- Czy nie uważa Pani, że dziś nie szanuje się osób starszych tak jak kiedyś?
Że młodzi ludzie nie mają poważania dla nich, że lekceważą i niechętnie pomagają
im w codziennych zmaganiach? - zadaję to pytanie pani Budzimirze
- Często widzę, jak w autobusie lub w tramwaju niepełnosprawni ludzie starej daty ledwo utrzymują równowagę balansując nad rozpartymi w fotelach nastolatkami ze słuchawkami
na uszach i nikt się tym nie przejmuje. Mam też wrażenie, że coraz więcej ludzi uważa swych starych i niepełnosprawnych rodziców, krewnych za zbyteczny balast, który trzeba odizolować, umieścić pod specjalistyczną opieką w jakimś domu spokojnej starości
i zapomnieć, że jeszcze żyją.

- Ale przecież nie wszyscy są tacy nieczuli, – odpiera pani Budzimira – przecież jest duża grupa młodzieży wychowanej na dobrych przykładach, chociażby harcerze. Sama byłam kiedyś harcerką i wiem, że te wartości się nie zmieniają. Może faktycznie część młodych ludzi jest wycofana z życia społecznego, nie ma szacunku dla osób starszych, lecz to wynik zapracowania rodziców. Żyją w wiecznym pośpiechu, w stresie, nie mają czasu na rozmowę. Kiedyś było inaczej. Pamiętam, jak mój ojciec mnie wychowywał. Nigdy nie podnosił głosu, ani nie stosował kar cielesnych. Rozmawiał, tłumaczył, uczył zasad moralnych i poświęcał mnie
oraz moim trzem siostrom wiele czasu. Gdy kiedyś skłamałam, że odrobiłam zadane lekcje, szybko to odkrył i wymyślił dla mnie karę: musiałam stać w kącie i nie dostałam podwieczorku. A kiedy zaniosłam naszej gosposi, pani Helence, podarte pończochy
do zacerowania, tata kazał mi pastą do butów pomalować piętę, samej załatać dziurę
i przeprosić panią Helenkę – nie było w zwyczaju w naszym domu, by ktoś wyręczał nas
w obowiązkach osobistych. Te kary były dla mnie przykre, bo wstydziłam się swojego zachowania, ale czułam troskę rodziców i wiedziałam, że zawsze mogę na nich liczyć. Starałam się nie zawieść ich zaufania przez całe swoje życie.

Pani Budzimira jest wyjątkową osobą w tutejszej społeczności. Jej życiorys starczyłby dla kilku bohaterów, ale ona zachowuje wielką skromność. Zawsze jest pogodna i elegancka, mimo problemów z poruszaniem po wypadku, który miał miejsce rok temu. Zginął wtedy jej mąż, a ona, pogruchotana, zapadła w śpiączkę. Wprawdzie dzięki lekarzom wyszła
z najgorszego stanu, ale jest sparaliżowana od pasa w dół.
Gdy pierwszy raz weszłam do jej pokoju poczułam się jak w przedwojennym mieszkaniu; meble, pamiątki, dywan stwarzają przyjemną atmosferę. Zwróciły moją uwagę zdjęcia szeregiem ustawione na etażerce, pani Budzimira uchwyciła mój wzrok
i wyjaśniła
– to są moi chłopcy: mój tata, narzeczony, który zginął w powstaniu i moi mężowie. Wszyscy nie żyją, ale ja wciąż o nich myślę jakby byli gdzieś niedaleko.

Pani Budzimira pochodzi z zamożnej, gdańskiej rodziny o solidnych korzeniach. Została wychowana w szacunku dla wartości chrześcijańskich i w etosie patriotyzmu.
Kiedy wybuchła wojna miała piętnaście lat. Jej tatę Niemcy aresztowali już 1 września, wkrótce dostała wiadomość, że został rozstrzelany w Stutthofie. Całą rodzinę wysiedlono
do Generalnej Guberni, gdyż nie chcieli przyjąć niemieckiego obywatelstwa. Przedostali
się do Warszawy i tam Budzimira rozpoczęła walkę z Hitlerem. Wraz ze swoim narzeczonym, Tadeuszem Milewskim (zginął śmiercią walecznych w powstaniu warszawskim) działała w konspiracji, była żołnierzem AK, sanitariuszką w szeregach batalionu Zośka. Jej losy zostały opisane przez niemieckiego dziennikarza Dietera Schenka
w powieści „Jak pogoniłam Hitlera” – powieść zdobyła popularność zarówno w Polsce
jak i w Niemczech. Powstał też film dokumentalny oparty na jej wspomnieniach „Jedenaste przykazanie” autorstwa Barbary Balińskiej i Krzysztofa Kalukina. Pani Budzimira została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski i Medalem św. Wojciecha. Od lat prowadzi szeroko zakrojoną akcję społeczną na rzecz zbliżenia młodzieży polskiej i niemieckiej.



***


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Christine dnia Wto 14:25, 17 Gru 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ella_hagar




Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 263
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Mazowsze
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 23:37, 19 Gru 2013    Temat postu:

Bardzo dobry tekst. Ujmujący. I taki jakiś krzepiący. : )

Z przyjemnością przeczytałam. Została refleksja. O czym? No, o przemijaniu, o nieuniknionym. O starości, która nie chce być stara i ukryta.
Mam sentyment do starych ludzi. Wzruszają mnie.
Sama się starzeję, ale myślę, że każdy wiek ma swoje uroki. Tego się trzymam.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Christine
Administrator



Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 544
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 1:43, 20 Gru 2013    Temat postu:

Dzięki, Ella. Wiesz, to mały fragment rzeczywistości ludzi przebywających w DPS. Może i nas kiedyś to czeka.
Przepracowałam 10 dni w jednym z lepszych ośrodków dla seniorów i bardzo ich pokochałam. Artykuł pisany jest do biuletynu Głos seniora, który wydaje Caritas.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sława




Dołączył: 16 Kwi 2009
Posty: 14
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 11:21, 27 Gru 2014    Temat postu:

Super! Jeśli nawet były jakies błędy, to ich nie zauwazyłam, bo tekst broni sie sam. Pracowałaś tam, więc tyle wiesz o DPS - ach. Ogromnie to wszystko pogodne i pełne optymizmu. A jednak i tak chciałabym zostać do końca tu, gdzie jestem.... W moim domu, w moim pokoju, gdzie nikt niczego nie ma mi prawa dyktować, gdzie opary papierosowego dymu nie zabijają nikogo oprócz mnie, gdzie jem i piję - bez wyznaczonych godzin i czuję się wolna...
Nie dziwcie się, ja z podkarpackiej wioski, a u nas nadal nie jest w dobrym tonie grupowanie starości, według powiedzenia o błędzie przesadzania starych drzew...

Sława


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.amarylis.fora.pl Strona Główna -> NOWA PROZA Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB
Appalachia Theme © 2002 Droshi's Island